Skoki spadochronowe. Komandosi zza biurka

Dominik Szczepański
09.10.2015 14:31
A A A
Swobodne spadanie bez strachu

Swobodne spadanie bez strachu (fot. Skydive.pl)

W aeroklubach spotykało się ludzi ubranych jak żołnierze. Opowiadali o skokach spadochronowych, jakby to było zajęcie dla wybranych. A skoczek nie jest nadczłowiekiem.

O tym, że człowiek może odciąć balon i się nie zabić, świat, a raczej Francja, a dokładniej Paryż, przekonał się w 1797 roku. André-Jacques Garnerin wzniósł się wtedy 900 metrów nad park Monceau, odciął wszystkie linki łączące go z montgolfierą, a potem, dzięki jedwabnemu spadochronowi, wylądował kilkaset metrów od miejsca startu. Gdy zbliżał się do ziemi, trzęsło nim mocno, a że miał chorobę lokomocyjną, zwymiotował na wiwatujący tłum. Garnerin, uznawany za pierwszego skoczka spadochronowego, zginął w 1823 roku podczas eksperymentów z nowym sprzętem.

Pierwszym skoczkiem spadochronowym, którego poznałem, był mój dziadek. Przez kilkadziesiąt lat pracował jako kierowca podkarpackiego PKS-u, ale wcześniej, jak prawie wszyscy wtedy, musiał odsłużyć swoje w wojsku. Trafił do komandosów.

- Skok ze spadochronem nie był problemem. Kłopoty pojawiały się później, bo często lądowaliśmy w jeziorach - opowiadał. Nie umiał pływać. Żeby nie było wstydu, zakładał kamizelkę ratunkową, nie mówiąc o tym dowódcy.

- Być komandosem - dla niego to była wielka duma i honor. Pewnie gdyby powiedział, że nie umie pływać, nikt by go nie przyjął. A tak miał się czym później chwalić - mówi babcia.

Jeszcze w latach 80. skoki spadochronowe były w Polsce mocno zmilitaryzowane. W aeroklubach dofinansowywanych przez Ministerstwo Obrony Narodowej można było przejść za symboliczne pieniądze kilkumiesięczne szkolenie. A kursantów często rekrutowało później wojsko.

- Tę wojskową atmosferę dało się wyczuć jeszcze pod koniec lat 90., kiedy skakałem po raz pierwszy - mówi Artur Karwowski, członek spadochronowej kadry narodowej i instruktor, który do dziś oddał ponad 4,5 tys. skoków, pierwszy w 1999 roku. - W aeroklubach często spotykało się ludzi ubranych jak żołnierze - dodaje.

Podtrzymywali oni w dodatku pewien stereotyp myślenia o skokach. - Opowiadali o skakaniu, jakby to było zajęcie dla wybranych. Skoczek według nich był nadczłowiekiem. Komandosi lubili czuć się wyjątkowi - mówi Karwowski.

Trendy się odwróciły - dziś to żołnierze przychodzą szkolić się do cywilnych instruktorów. Kurs nie trwa już trzy miesiące i nie opiera się na przygotowaniu kondycyjnym. W ciągu dwóch weekendów kursanci poznają teorię i oddają kilka skoków. Najpierw z dwoma, potem z jednym instruktorem, który leci obok ciebie. - Skoki spadochronowe przestały być czymś ekskluzywnym. Głównie przychodzą do nas osoby w wieku ok. 30 lat. Skończyli studia i już coś tam zarabiają - mówi Karwowski, współwłaściciel szkoły spadochronowej Skydive.pl. Skakać uczy ludzi nad lotniskiem w Kruszynie, niecałe dwie godziny drogi od Warszawy.

Rodzice na skok nie dadzą, bo uważają, że to niebezpieczne. Liczby mówią co innego. W 2014 roku w USA oddano ok. 3,2 mln skoków. Zginęły 24 osoby. Dla porównania - w sezonie 2013/2014 w USA zginęło 32 narciarzy i snowboardzistów (z 56,5 mln aktywnych w sezonie). Ile osób skacze w Polsce ze spadochronem? Trudno to oszacować, ale od kilku do kilkunastu tysięcy.

Karwowski dodaje, że skoki spadochronowe nie są już postrzegane nawet jako sport ekstremalny. Najlepiej pokazuje to przykład firm ubezpieczeniowych, dla których skok nie jest bardziej niebezpieczny niż jazda na nartach. Wystarczy zwykłe ubezpieczenie od nieszczęśliwych wypadków.

- Ludzie siedzący za biurkami potrzebują jakieś formy oczyszczenia umysłu, dawki adrenaliny. Zapewnia im to nawet najprostszy skok tandemowy, w którym są przyczepieni do instruktora, który robi za nich wszystko. Ale później często wracają, by zrobić kurs i skakać samemu - mówi Karwowski.

Czyli sport ekstremalny nie jest już tak bardzo ekstremalny?

- Sport wchodzi na wyższy poziom. Ekstremalne oznaczało kiedyś niebezpieczne - tak na pytanie o aktualną definicję sportu ekstremalnego odpowiedział Felix Baumgartner, który w 2012 r. skoczył ze spadochronem z 39 kilometrów. Dwa lata później ten rekord pobił Alan Eustace (41 km).

Baumgartner dodał: - Dziś dzięki rozwojowi techniki, wiedzy i doświadczeniu sport ekstremalny kojarzy się przede wszystkim z większą dawką adrenaliny. Staje się coraz bardziej popularny. Sprzęt jest coraz lepszy, coraz bezpieczniej i możemy robić to, co kiedyś wydawało się niemożliwe.

EKIPA EKSTREMALNA SKACZE!

Ekipa EkstRemalna to wspólny projekt Sport.pl i marki Renault, w ramach którego testujemy najfajniejsze rekreacyjne aktywności. Już w ten weekend na własnej skórze się przekonamy, jak to jest spadać z wysokości czterech kilometrów. Razem z nami skoczy vloger Jacek Gadzinowski i zwycięzca konkursu, który przeprowadziliśmy na stronie www.sport.pl/ekipa-ekstremalna. Znajdziesz tam też relację ze skoku. Zapraszamy!

Najnowsze