Sport.pl

Vancouver 2010. Kowalczyk: Nie płaczcie! Świętujcie

Jestem jedyną biegaczką, która zdobyła mistrzostwo świata, mistrzostwo olimpijskie, Puchar Świata oraz wygrała Tour de Ski. To niesamowite, ale motywacji do dalszych startów mi nie zabraknie - promieniała ze szczęścia złota medalistka biegu na 30 km techniką klasyczną.
Justyna Kowalczyk wygrała sobotni wyścig na 30 kilometrów po pasjonującym finiszu z Norweżką Marit Bjoergen. Wcześniej zdobyła brąz w biegu łączonym na 15 kilometrów oraz srebro w sprincie.

Robert Błoński, Jakub Ciastoń: Wiele osób w Polsce, i nie tylko, płakało ze wzruszenia i radości.

Justyna Kowalczyk: Ludzie! Nie ma co płakać, tylko świętować. Jak będzie źle, wtedy będziemy płakać. Dziękuję za wsparcie, doping i ściskanie kciuków. Niektórzy mają po tym medalu wielką imprezę w domach. Też bym tak chciała...(śmiech). Jeżeli komuś sprawiłam przyjemność i dostarczyłam pozytywnych emocji, to się cieszę i jestem szczęśliwa. Po to jestem sportowcem.

Płakała pani na podium? Wyglądało, że łezka się pani w oku zakręciła.

- Jaa? Nieee, niemożliwe. Widocznie byłam zmęczona, wtedy oczy są zaszklone. Do płaczu było mi daleko, naprawdę. Mam medal, to powód do radości, a nie do płaczu.

Kiedy słuchała pani hymnu, czy to było inne odczucie niż podczas MŚ w Libercu?

- Nie. Mazurek to Mazurek! Piękny. Hymnu zawsze i wszędzie słucha się tak samo, z identyczną pokorą i dumą. Przepełnia mnie radość.

Złoty medal olimpijski na szyi to na pewno wyjątkowa sprawa. Proszę opisać to uczucie.

- Nie pytajcie o uczucia, jestem piekielnie zmęczona i niesamowicie szczęśliwa. Dostojność tego momentu dotrze do mnie później. Może za tydzień, jak będę na PŚ w Lahti? Tam już nie będzie takiego gwaru. Będę wypoczęta, spokojna. I wtedy pomyślę: "daliśmy radę"

Dekorowała panią Irena Szewińska.

- I to było niesamowite. Spotkałyśmy się przed dekoracją i wyobraźcie sobie, że... chciała ode mnie autograf! Śmiałam się. Jejku, to ja pani Irenie daję autografy? Ale jaja. Najpierw siedmiokrotna medalistka chce ode mnie autograf, a za chwilę wiesza mi na szyi złoty medal... Nie, no to już za dużo, jak na jeden wieczór. Nie myślę o tym, czy dorównam pani Irenie w liczbie medali zdobytych igrzyskach. Sportowiec nie myśli o takich rzeczach, tylko trenuje i walczy.

Kiedyś to pani będzie wieszała olimpijskie medale?

- Na razie w ogóle o tym nie myślę. Chcę fajnie zakończyć ten sezon. Przecież mamy ogromną szansę wywalczyć Puchar Świata, obronić trofeum sprzed roku. Być może powalczymy jeszcze o małą Kryształową Kulę w sprintach. Jeśli się uda, to będzie ewenement. Muszę się zmobilizować na ten ostatni miesiąc rywalizacji. O zwycięstwa w poszczególnych biegach może być trudno, ale chcę być w czołówce i nie tracić za dużo punktów.

Widziała pani kiedykolwiek złoty skok Wojciecha Fortuny? Ma pani świadomość, czego dokonała?

- Może kiedyś w dzieciństwie, jak były igrzyska w telewizji, to pokazali powtórkę z Sapporo. Dokładnie tego skoku nie potrafię odtworzyć. Świadomość tego, czego dokonałam mam, choć nie do końca zdaję sobie sprawę. To na pewno wielka sprawa. W dyscyplinach zimowych ciężko o sukcesy, ciężko przebić się do czołówki, ciężko o medale. A już olimpijskie złoto wydaje się nieosiągalne. Przez tyle lat było... A ja jestem szczęściara, że mi się udało. Jestem szczęściara, że mam tak wspaniałego trenera i team z którym pracuję.

Po dwóch poprzednich medalach w Vancouver powiedziała pani, że sportowo czuje się spełniona.

- Bo tak jest. A teraz, jako sportowiec, czuję się spełniona jeszcze bardziej. Bardzo się cieszę, że te igrzyska tak pięknie mi się udały. W każdym starcie pobiegłam na najwyższym z osiągalnych dla mnie poziomów. Trafiłam tutaj idealnie z życiową formą. A jest to miejsce, którego nienawidzę, nie cierpię i mam nadzieję że już tutaj nigdy nie wrócę. Wywalczyłam coś, czego nie ma np. Finka Virpi Kuitunen. Kiedyś dominowała kiedyś przez trzy lata, ale o takich medalach nie może nawet pomyśleć. Nie było mi tu dobrze, są na świecie miejsca w których czuję się zdecydowanie lepiej. Kanada jest piękna, lubię Canmore i starty na olimpijskich trasach z 1988 roku. W Whistler nie podobało mi się nic. Trasy, całe zamieszanie wokół mnie. Wyjeżdżam stąd z mieszanymi uczuciami. Sportowo jestem hiperzadowolona, w każdej innej kwestii mogło być lepiej.

Z czego jest pani niezadowolona?

- Że w tym momencie, podczas igrzysk, rozpętałam burzę dotyczącą astmy. Chciałam za to przeprosić. To nie był czas, żeby o tym rozmawiać. To nie był personalny atak na Marit, która zawsze była dla mnie sportową idolką i taką pozostanie. Dla mnie to ideał biegaczki. Ale problem astmy w naszej dyscyplinie nie zniknął, jest wielu chorych i to trzeba jakoś rozwiązać. Dziś już nie czas na komentarze, więcej powiem jak się skończy sezon czyli w Falun. Jeszcze raz przepraszam i zapewniam, że to nie miał być osobisty atak na Marit, tylko zwrócenie uwagi na problem.

Bjoergen pogratulowała pani jako pierwsza, tuż za metą.

- Tak jest przyjęte, że numer dwa zawsze gratuluje numerowi jeden.

Pani pierwsza myśl za metą?

- Że jestem bardzo zmęczona i szczęśliwa. Wiedziałam, że wygrałam.

Dotarło do pani jak wielkiej rzecz dokonała? 

- Pod względem sportowym igrzyska są dla mnie niesamowicie udane. Ten ostatni bieg wcale nie był moim najlepszym. Najwyżej oceniam piąte miejsce na 10 km "łyżwą". Z niego jestem niesamowicie dumna. O tej historii mówicie mi od czterech lat (śmiech). Sportowcy patrzą na to inaczej. Podsumowania i inne takie rzeczy będą miały znaczenie, ale za dziesięć lat. Nie sądziłam, że zdobędę tu olimpijskie złoto. Naprawdę, to żadna asekuracja z mojej strony. Chciałam tu biegać jak najlepiej i... udało się. W dwa lata osiągnęłam w biegach praktycznie wszystko. Tego nikt nigdy wcześniej nie dokonał, nikt nie ma wygranych czterech najważniejszych imprez. Dlatego chylę czoła przed moim trenerem, który w dziesięć lat doprowadził dziewczynę do takich sukcesów. Szacunek dla moich serwismenów, bo zrobili coś niesamowitego. Cały team spisał się rewelacyjnie. Mam nadzieję, że w takim lub większym składzie będziemy walczyć o kolejne trofea. Teraz najważniejsze zadanie to obronić się przed wami wszystkimi (śmiech).

Rozmawiając o serwismenach - Rafał Węgrzyn powiedział nam, że w sobotę od rana była atmosfera wielkiego sukcesu.

- Taaaak? A ile "Rafi" wypił do tej pory (śmiech)? Poniosła go trochę fantazja. Byłam bardzo zdenerwowana przed biegiem. Nie tak, żebym robiła im awanturę, ale sama byłam skupiona. Byłam pewna, że na podium będę ja, Marit i Aino-Kaisa Saarinen. Nie wiedziałam tylko, w jakiej kolejności. Moje nartki jechały lepiej od nart Marit. Gorzej trzymały pod górę, lepiej na zjazdach i wyszło na równo. Męczyłam się na podbiegach, ale tak właśnie chciałam. Pierwsze 10 km biegłam na jednych, później zmieniłam na drugie i na koniec wróciłam do pierwszej pary. Dwie zmiany nart, po każdej dziesiątce, były zaplanowane wcześniej.

Z tym złotym medalem będzie się pani biegało łatwiej czy trudniej? 

- To nie ma znaczenia. Już jestem mistrzynią świata, mam wszystko, czego pragnęłam w biegach narciarskich. A teraz i tak dalej będę biegać i trenować. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Motywacji mi nie zabraknie. Już taki mam charakter. Albo robię coś na maksa albo wcale. Jeżeli trzeba trenować to trenuję. Zobaczymy tylko, co ze zdrowiem, ale motywacji mi na pewno nie zabraknie. Na pewno nie chcę skończyć kariery. Przykro mi, ale jeszcze będziecie musieli mnie państwo znosić.

Jest pani gotowa na "justynomanię"?

- Jestem gotowa na walkę z tym, co mnie czeka za miesiąc przez następny miesiąc. Czyli na ochronę swojej prywatności. Po MŚ w Libercu przeszłam piekło, ale i tak się obroniłam. To i teraz mi się uda.

Nie spodziewała się pani złota w Kanadzie, obiecywała mistrzostwo olimpijskie za cztery lata w Soczi.

- Tam będę w takim wieku treningowym, że powinnam znaleźć się na wyżynach swoich możliwości. Trasy też powinny być w porządku, z podbiegami, więc powinnam powalczyć. Ale to odległa sprawa.

Kornelia Marek zajęła w biegu na 30 km doskonałe, jedenaste miejsce. A godzinę po pani, panczenistki wywalczyły brązowy medal w drużynie. 

- Wow! Ale jaja! Kola biegła niesamowicie. Po 20 kilometrach, na jakimś zakręcie spojrzałam do tyły i pomyślałam: "O, Kola też tu z nami leci! Wesoło". Skończyła 11. Pięknie! Dziewczyna ma poukładane w głowie, dużo trenuje i bardzo chce, a to ważne. Ten wynik ją uskrzydli. W Libercu była w trzeciej dziesiątce i to też był znakomity wynik. Jedenaste miejsce na igrzyskach to, indywidualnie, najlepsze osiągnięcie w historii naszych biegów oprócz moich startów. Co do panczenistek, to z serca gratuluję! Rewelacja. Kobiety górą, latem też więcej medali zdobywamy (śmiech).

Prezes Piotr Nurowski rozmawiał z księgowym bo mówi, że PKOl. może nie dać rady wypłacić wam od razu wszystkich premii. 

- Niech prezes nie ściemnia, tylko bierze pożyczkę (śmiech).

Pani marzenia?

- Nie wolno mówić o marzeniach, bo się nie spełnią.

W poniedziałek o 9 rano ląduje pani w Warszawie. Otworzą się drzwi i... Jest pani gotowa na powitanie? 

- I... tam gdzieś w samochodzie będą na mnie czekać rodzice. Wsiądę do nich i pojedziemy do domu (śmiech). Jestem asertywna, umiem odmawiać.

Wygraj Ligę

"Wygraj Ligę" - największy piłkarski konkurs w Polsce - wystartował! To już 18. edycja gry, w której bierze udział nawet kilkadziesiąt tysięcy drużyn. Stwórz własny zespół, załóż lub dołącz do ligi prywatnej, rób transfery, ściągaj sponsorów. Zagraj i "Wygraj Ligę"! »


Zwycięzca zdobędzie 10 000 zł, ale pula nagród to aż 25 000 zł. Zapraszamy do gry.

Złoto Justyny Kowalczyk - co za bieg! Wielkie emocje »


Więcej o: