Sport.pl

Tenis. Radwańską zadowala to, co już ma

Im dłużej śledzę karierę Agnieszki Radwańskiej, tym bardziej dochodzę do wniosku, że w jej tenisie brakuje nie tyle siły, mocnego drugiego serwisu czy kończącego forhendu, ile większej sportowej ambicji - pisze dziennikarz ?Gazety? i Sport.pl Jakub Ciastoń.
Rozstawiona z numerem 13. Polka sensacyjnie poległa w czwartek w II rundzie Wimbledonu 6:3, 6:7 (5-7), 4:6 z Czeszką Petrą Cetkovską (WTA, 81), zaliczając najgorszy w karierze występ w londyńskim turnieju.

Rywalkę kompletnie zlekceważyła. Kiedy rozmawialiśmy dzień wcześniej po łatwym zwycięstwie w I rundzie nad Olgą Govorcovą, Agnieszka z uśmiechem przypomniała, że sześć lat temu Cetkovska pokonała ją w Gdyni. 16-letnia wtedy krakowianka z dziewiątej setki WTA miała prawo skapitulować przed 20-latką notowaną 500 pozycji wyżej.

Kiedy zapytaliśmy, jak gra Czeszka, na co trzeba uważać, czego się spodziewać, Agnieszka wzruszyła jednak ramionami. - Nie wiem, jak ona teraz gra - odparła. Rozmowa toczyła się jeszcze przed zakończeniem pojedynku Cetkovskiej w I rundzie. Agnieszka skonstatowała, że raczej zmierzy się z Kristiną Barrois. - Niemka jest lepsza - stwierdziła, wskazując po prostu na rywalkę lepiej znaną.

Czeskich zawodniczek lekceważyć nie wolno. Pochodzą z kraju pięknych tenisowych tradycji, wielkich trenerów, jednego z najlepszych systemów szkolenia. To, że Cetkovska jest 81. na świecie, nie znaczy, że nie wie, na czym polega tenis. Rozegrała świetny mecz. Ktoś dobrze przygotował ją do starcia z Radwańską - kazał atakować, podpowiedział, żeby spodziewać się dropszotów, że trzeba biegać, uderzać regularnie, dokładnie. Nie odpuszczać, walczyć.

Nie po raz pierwszy okazało się, że Radwańska, w sytuacji, gdy jej typowy tenis nie odnosi skutku, oddaje inicjatywę, gubi się i przegrywa. - Nie wiem, co mam grać! - krzyczała.

I rzeczywiście nie wiedziała. Od czasu pierwszych sukcesów, gdy jako drobna dziewczyna ogrywała nawet wielkie i silne rywalki - sprytem, dropszotami, podkręconymi piłkami, ośmieszaniem - przyzwyczaiła się, że to zawsze będzie przynosiło efekt. Ma zakodowane w głowie, że skrót, a potem lob albo trzykrotna zmiana rotacji i kierunku dają punkt, a widownia klaszcze. Nie przepada za problemami na korcie, nie chce być zaskakiwana, woli rywalki, które zna, i tenis, jaki lubi.

Odkąd trafiła do elity, a jej mecze regularnie pokazuje telewizja, przestała jednak zaskakiwać. Teraz to ona jest celem do sprawiania sensacji. A dobry trener i solidna tenisistka umieją przygotować się na mecz z Polką.

Agnieszka nie przegrałaby z Cetkovską, gdyby w trzecim secie - gdy prowadziła 4:2 i 40:0 - nie bała się zaatakować. Wolała jednak czekać na błędy, uderzać pasywnie. To Czeszka wiedziała, że w kluczowych momentach zaciętego meczu trzeba postawić na odwagę. Dropszoty i slajsiki w takiej chwili nie były dobrym pomysłem.

Brak ryzyka, agresji, zdecydowania, ataku - te zarzuty od dawna kieruje do Agnieszki jej ojciec i trener Robert Radwański. Ma to przeciwdziałać wspomnianemu przyzwyczajeniu Agnieszki, że jej typowy tenis załatwia wszystko. Nie załatwia, czasem trzeba zagrać inaczej, żeby zwyciężyć. Radwański to rozumie - i choć czasem przesadza z formą krytyki, doborem słów i meczów do krytykowania (Szarapowa w Paryżu) - to porażka z Cetkovską pokazała, że ma sporo racji. Nie zmienia to jednak tego, że Agnieszka go nie słucha.

I tu pojawia się pytanie, czy ona w ogóle kogoś słucha. Do ojca od jakiegoś czasu pokrzykuje "że się nie zna" i "żeby wszedł na kort i sam zagrał, jak jest taki mądry". W Londynie nie chciała go widzieć, postanowiła, że poradzi sobie bez niego.

Z całym szacunkiem dla Tomasza Wiktorowskiego - zastępującego go tymczasowo kapitana reprezentacji w Pucharze Federacji - on też na nic nie wpływa. Gdyby nie przychodził na treningi, wyglądałyby tak samo. To Agnieszka decyduje, co robić, jak i ile trenować. Taktyczne niuanse i analiza gry rywalek nie są jej ulubionymi tematami, nawet jeśli ojciec, a teraz Wiktorowski, do ucha czasem coś szeptać próbują.

Temat dodatkowego trenera czy doradcy z zewnątrz to też bajka. I nie dlatego, że nie dogadałby się z impulsywnym Radwańskim. Takiego człowieka nie chce koło siebie sama Agnieszka, sterująca swoją karierą coraz wyraźniej samodzielnie.

Nie siedzę w głowie najlepszej polskiej tenisistki, ale wydaje mi się, że ją zadowala to, co już ma. Z jej talentem, świetnymi od czasu do czasu występami, ćwierćfinałami, półfinałami, jest w stanie utrzymać się w TOP 15 przez lata i zarabiać rocznie po milion dolarów.

Agnieszka lubi swoją pracę, koleżanki, wyjazdy, atmosferę turniejów. Jestem przekonany, że kocha też treningi i zwycięstwa. Ale jest kilka aspektów tenisa, za którymi nie przepada - stawianie celów, nowe wymagania. Dlatego ciężko znosi dziennikarzy analizujących porażki, pytających, co się stało, dlaczego i po co. Albo ojca oczekującego awansu i mówiącego głośno, że jest szansa wygrania Szlema, tylko trzeba popracować.

Im dłużej śledzę karierę Agnieszki, tym bardziej dochodzę do wniosku, że w jej tenisie brakuje najbardziej nie siły, mocnego drugiego serwisu czy kończącego forhendu, ile po prostu większej sportowej ambicji.

Więcej o: