Sport.pl

Wimbledon 2011. Najgorszy turniej Radwańskiej

Petra Cetkovska sensacyjnie pokonała Agnieszkę Radwańską 3:6, 7:6 (7-5), 6:4 w II rundzie Wimbledonu. Ja zawaliłam, tylko ja, powinnam wygrać ten mecz - stwierdziła Polka smutno na konferencji prasowej.
- Nie wiem, co mam grać! - krzyczała Radwańska w końcówce spotkania z 26-letnią Czeszką, ledwie 81. tenisistką rankingu WTA. Polce zupełnie puściły nerwy - rzucała rakietą o trawę, potem waliła nią wściekle o krzesło. - Trzymaj się z tyłu kortu - podpowiadał z trybun Jacek Kseń, prezes Polskiego Związku Tenisowego. - Do przodu - pokrzykiwał Tomasz Wiktorowski, kapitan reprezentacji Polski w Pucharze Federacji.

Trener Robert Radwański nic nie krzyczał, bo do Londynu w ogóle nie przyjechał. Obie córki - także młodsza Urszula, zdecydowały, że chcą odpocząć od ojca i jego komentarzy, spróbować przygotowywać się do turnieju samodzielnie. Treningi formalnie prowadził Wiktorowski, ale tak naprawdę Agnieszka sama decydowała o wszystkim w ostatnich tygodniach.

Trudno powiedzieć, czy obecność na trybunach Radwańskiego by pomogła. Na pewno w decydującym momencie w grze Agnieszki zabrakło jednak wczoraj dokładnie tego, o co największe pretensje miał ostatnio ojciec - agresji, odważnej gry, pozytywnej mowy ciała.


W środę w I rundzie Agnieszka łatwo wygrała z Białorusinką Olgą Govorcovą (6:0, 3:0 i krecz). W czwartek też nie zanosiło się na horror. Polka zgarnęła seta 6:3, a w drugiej partii prowadziła 5:4 i 30:30. Dwie piłki dzieliły ją od zwycięstwa. I wtedy po raz pierwszy lunął deszcz. Sędziowie przerwali grę. - Można grać dalej - przekonywała ich Agnieszka, ale pojedynki wstrzymano na wszystkich kortach. Nie było więc dyskusji.

Półgodzinną przerwę lepiej wykorzystała Czeszka - po powrocie zaatakowała, wygrała seta po tie-breaku. Grała mądrze, podobnie do stylu Radwańskiej - dużo mieszała, podkręcała piłki, zagrywała loby, dropszoty, a do tego nieźle serwowała, była regularna, z wyczuciem posyłała techniczne woleje za siatkę.

W trzeciej partii wydawało się, że Agnieszka opanuje sytuację - znów prowadziła 4:2 i 40:0. W kluczowym momencie nie odważyła się jednak zaatakować, zamiast tego grała z uporem dropszoty. Czeszka sprytnie kontrowała, walczyła odważnie i wyszła na prowadzenie 5:4. Wtedy znów lunęło, a Agnieszka zaczęła obijać rakietą krzesło. - Czeszka gra świetnie, nie ma się do czego przyczepić - kręcił głową Wojciech Fibak. Gdy znów przestało padać, Cetkovska spokojnie wygrała własny serwis.

Na konferencję prasową Polka przyszła milcząca, było widać, że trochę płakała. - Ja zawaliłam, tylko ja, powinnam wygrać ten mecz - stwierdziła smutno. - Ona nic specjalnego nie grała - dodała. Czy, gdyby na trybunach był ojciec, to coś by zmieniło? - Nie - odparła krótko. Przyznała, że po meczu poszła wykrzyczeć się ze wściekłości do garażu. Ale, gdy dopytywaliśmy dokładnie, co zdecydowało o porażce, Agnieszka nie umiała odpowiedzieć. Sprawiała wrażenie, że po prostu nie wie. - Nie czułam kortu - to jedyny racjonalny wniosek, jaki usłyszeliśmy.

Tak skończył się najgorszy występ Radwańskiej w Wimbledonie, turnieju do wczoraj uchodzącego za jej znak firmowy. W 2005 r. wygrała go jako juniorka, jako zawodowiec nie odpadła przed III rundą, dwukrotnie w ćwierćfinałach zatrzymywały ją siostry Williams. Nigdy nie pokonał jej nikt spoza pierwszej 15. rankingu WTA.

W wielkim tenisie mocno trzyma się czwórka męskich faworytów z Federerem, Nadalem, Djokoviciem i Murrayem. U kobiet siostry Williams przegrywają sety, cierpią, ale z kortu schodzą na razie z wysoko podniesioną głową. Wczoraj odpadła Chinka Na Li, na którą stawiało wielu ekspertów. Pokonała ją Niemka polskiego pochodzenia - Sabine Lisicki.

Czytaj relację Z Czuba z meczu Radwańska - Cetkovska »


Więcej o: