Sport.pl

Agnieszka Radwańska: Lubię sobie czasem pożartować

- U nas w rodzinie każdy przygotowuje na wigilię jakąś potrawę, tylko ja nic nie robię, bo nie potrafię - mówi Agnieszka Radwańska.
Jakub Ciastoń: Pod koniec listopada miała pani zabieg chirurgiczny prawej dłoni, który miał wyleczyć chroniczny stan zapalny ścięgna. Treningi zaczęła pani już po trzech tygodniach. Nie za wcześnie?

Agnieszka Radwańska, najlepsza polska tenisistka: Od zeszłego tygodnia trenuję dwa razy dziennie po półtorej godziny, czyli już normalnie. Ręka bolała mnie tylko na początku, teraz już nie. W przyszłym tygodniu spróbuję grać bez opatrunku, który ma amortyzować uderzenia i odciążyć ścięgno.

Nie obawia się pani, że w styczniu w Australii zagra pani pierwszy mecz na poważnie i coś będzie nie tak? To jednak był dość poważny zabieg.

- Ryzyko istnieje, ale nie mogłam czekać dłużej ze wznowieniem treningów, bo przerwa byłaby za długa. Gdybym leżała do góry brzuchem i czekała miesiącami, aż się zagoi, potem mogłoby się okazać, że nie mogę trzymać rakiety. Ręka musiała się powoli przyzwyczajać do wysiłku. Jestem pod ciągłą kontrolą lekarzy, chodzę na masaże, krioterapię, naświetlania. Mam nadzieję, że będzie dobrze, ale faktycznie trening to nie mecz. W Australii będzie ze 40 stopni w cieniu, nie wiadomo, co się zdarzy.

Pani ojciec mówi, że ważniejszy od urazu fizycznego może być uraz psychiczny. Świadomość, że miało się operowaną rękę, może przeszkadzać.

- Czasem faktycznie boję się szarpnąć. Mam w głowie, że bolało. Nie da się tak hop-siup tego wymazać, ale mam jeszcze prawie miesiąc do rozpoczęcia sezonu. Staram się myśleć pozytywnie. Zabieg miał mi przecież pomóc, by kontuzja już nie wracała. Oby.

Jak sobie radzą siostry Radwańskie na studiach? Jak koledzy i koleżanki reagują na znane tenisistki?

- Różnie. Jedni robią wielkie oczy i szturchają w bok kolegów, inni nie zwracają uwagi, jeszcze inni proszą o autograf. Trzymamy się z Ulą blisko z naszymi znajomymi z liceum i gimnazjum. Na uczelni byłyśmy dotąd raptem trzy razy. Studiujemy zaocznie turystykę na AWF-ie. W weekend musimy zaliczyć: angielski, niemiecki i biologię. Jest więc trochę nauki, ale nie narzekamy. Żałujemy nawet, że na święta jest przerwa na uczelni, bo to dla nas jedyny czas, kiedy jesteśmy w Polsce i mogłybyśmy więcej pochodzić. W czasie sezonu będziemy mieć indywidualny tok studiów.

Czy poza treningami, rehabilitacją i studiami ma pani jeszcze czas dla siebie?

- Jest ciężko, bo jeszcze przyjeżdża do mnie pielgrzymka dziennikarzy! (karcące spojrzenie) Wolne mam tylko wieczory, chodzimy do kina, na miasto ze znajomymi. Na zakupy, inne rzeczy w ciągu dnia, mamy zazwyczaj godzinkę, nie więcej. Kiedyś wolnym dniem była niedziela, ale teraz studiujemy. Życie w ciągłym biegu jakoś nie przeszkadza. Odpocznę sobie w grobie, tak zawsze mówię.

Wybiega pani myślami w bardziej odległą przyszłość. Co mogłaby pani robić po zakończeniu kariery? Wyobraża pani sobie siebie np. w roli trenerki innej zawodniczki?

- Mam 20 lat i zakładam, że jeszcze siedem-osiem lat będę zawodowo grała w tenisa. Jako wiek "emerytalny" wyznaczam sobie trzydziestkę. Wtedy się zastanowię, teraz nie zawracam sobie tym głowy.

Patrząc wstecz na sezon, jaki moment był dla pani najlepszy, a jaki najgorszy?

- Najgorsza była kontuzja. Dużo gorsza niż porażki w I rundzie Australian Open czy inne przykre wpadki. Kontuzja sprawia, że nie możesz dać z siebie wszystkiego. Byłam wtedy strasznie rozczarowana, ale nie mogłam nic zrobić. Najcenniejsze było to, że utrzymałam się w czołówce, drugi rok z rzędu jestem dziesiąta na świecie.

Finał wielkiego turnieju w Pekinie i świetny mecz z Dementiewą to nie było coś szczególnego?

- Z Dementiewą grałam chyba pięć razy i zagram jeszcze wiele razy. Nie pamiętam poszczególnych porażek czy zwycięstw. Pamiętam całość. Ten sezon nie był taki zły. Zadowolona jestem zwłaszcza z końcówki. Z tego, że po raz drugi pojechałam jako rezerwowa na Masters i wygrałam tam mecz.

Dużo jest jeszcze znaków zapytania w kalendarzu startów na 2010 r.?

- Będzie bardzo podobny, bo znów jestem w dziesiątce i muszę grać tam, gdzie każe WTA, czyli we wszystkich największych turniejach. Mogę zagrać tylko w dwóch mniejszych [z pulą nagród 220 tys. dol.], ale nie wybrałam ich jeszcze. Na pewno zagram mniej przed US Open. Nie będzie już maratonów, które mogą wywołać kontuzje, tak jak w tym roku. Pięć turniejów z rzędu to był błąd i już go nie popełnimy. Sezon zacznę 11 stycznia w Sydney. Do Australii lecę tydzień wcześniej.

Cały czas będzie pani przeciwniczką nowych przepisów WTA?

- Nikt nie ma prawa narzucać zawodniczkom, gdzie mają grać. Powinna być swoboda. Jeśli ktoś chce grać tylko małe turnieje, jego sprawa. Obecny system sprawia, że od pierwszej rundy spotykają się zawodniczki z czołówki. Jest znacznie trudniej.

Czy jest szansa, że zagra pani w Warszawie?

- Warszawa to zamknięty temat.

W lutym tuż po Australian Open reprezentacja Polski gra w Bydgoszczy z Belgią w Pucharze Federacji. Jest szansa na zwycięstwo i walkę o awans do Grupy Światowej?

- Jeśli zagra Justine Henin, będzie bardzo ciężko. Z Kim Clijsters i Yaniną Wickmayer mamy szansę, choć też zapowiada się trudny mecz. Zupełnie nie rozumiem jednak, dlaczego Wickmayer została dopuszczona do gry. Została niedawno zdyskwalifikowana za złamanie przepisów antydopingowych. Zamrożenie kary jest dziwne. Ja też muszę podawać miejsce pobytu każdego dnia, też nawiedzają mnie kontrolerzy o dziwnych porach, ale jakoś nigdy nie zapomniałam dopełnić formalności. I to trzy razy! To nie w porządku, że jest nierówne traktowanie. Trudno uwierzyć, że Wickmayer zapomniała, bo WTA bębni o tym przez cały rok. Przypomnienia wiszą na korytarzach, w szatniach, dostajemy specjalne e-maile. Jak można było zapomnieć trzy razy? Już po jednym powinna chodzić jak na szpilkach.

Jaką godzinę najczęściej pani podaje kontrolerom?

- Szóstą rano. Wtedy człowiek zawsze jest w domu, hotelu. Mnie kontrolerzy nawiedzili dotąd trzy razy - dwukrotnie w Krakowie i raz w Miami, gdy kilka lat temu byłam prywatnie jako widz. Te procedury są czasem uciążliwe, ale potrzebne.

Czy coś zmieniła pani w przygotowaniach do sezonu?

- Było trochę więcej treningu ogólnorozwojowego, bo nie mogłam na początku dużo grać przez rękę. Poza tym nic nie zmienialiśmy. Wszystko do tej pory funkcjonowało dobrze.

Kobiecy tenis idzie jednak coraz bardziej w duże muskuły. Patrząc na Flavię Pennettę czy Caroline Wozniacki, można odnieść wrażenie, że spędziły na siłowni znacznie więcej czasu. Pani nie odczuwa takiej potrzeby?

- Po pierwsze, odróżnijmy mięśnie od tłuszczu! (karcące spojrzenie) A po drugie, to jest zawsze kwestia budowy ciała, indywidualna dla każdego. Gdyby tenis działał w ten sposób, że większe muskuły oznaczają awans, ranking wyglądały chyba trochę inaczej. Proponuję, żeby eksperci wysyłający mnie ciągle na siłownie sami na nią poszli.

Dlaczego Rafael Nadal nagle tak schudł, stracił mięśnie? Dlaczego w tenisie zdarzają się takie dziwne metamorfozy, rozkwity formy i nagłe załamania? Często pojawiają się spiskowe teorie, np. sugerujące doping.

- Jasne, że nagłe zmiany dają do myślenia. Plotki są zawsze między trenerami, zawodniczkami, ale nie wydaje mi się, żeby akurat w przypadku Nadala coś było na rzeczy. Myślę, że to była kontuzja w połączeniu z problemami osobistymi, dlatego miał załamanie formy.

Jak ocenia pani układ sił w kobiecej pierwszej dziesiątce?

- Doszły Karolina Wozniacki i Wiktoria Azarenka. Dużo dziewczyn utrzymuje się tam od lat. W przyszłym roku to się pewnie trochę zmieni. Karolina i Wiktoria poznają niedogodności nowego systemu, już nie będą mogły grać tam, gdzie chcą, a do dziesiątki będą chciały też szybko wrócić Henin i Clijsters, ale myślę, że każda dziewczyn z pierwszej piętnastki też ma szansę na awans.

Cele na nowy sezon?

- Nie lubię tego pytania, jest takie oklepane, aż nudne. Wiadomo że chcę grać jak najlepiej, dojść do półfinału w Szlemie, a najlepiej wygrać Wimbledon i być w pierwszej piątce.

MKOl zdecydował, że na igrzyskach w Londynie w 2012 r. będzie mikst. Co pani na to? Deblistów u nas dostatek. Najsilniejsza para byłaby chyba z Łukaszem Kubotem?

- Hm, trudna decyzja. Z kimś pewnie bym się dogadała. Do tej pory grałam tylko z Mariuszem Fyrstenbergiem. Może powinny być więc jakieś eliminacje (śmiech). A tak na serio, trzeba się poważnie zastanowić, czy grać miksta, czy jednak debla. Trzy konkurencje to za dużo. Trzeba się przecież skupić na singlu, szczególnie że igrzyska będą na trawie, mojej ulubionej nawierzchni.

Jak wyglądają święta w rodzinie Radwańskich?

- Z choinką, prezentami, spotkaniem całej rodziny, karpiem i barszczykiem z uszkami. Mamy dwanaście potraw i każdy coś przygotowuje. No..., prawie każdy. Ja nic nie robię, bo nie potrafię. Najważniejsze jest jednak to, że jesteśmy razem w domu. Cały rok jeździmy po świecie, ale najlepiej czujemy się w Krakowie.

"Na mieście" ludzie poznają dziesiątą rakietę świata?

- Na turniejach w Azji zupełnie nie odróżniają. Proszą o napisanie imienia na kartce. W Europie i Ameryce czasem mylą mnie z Hantuchovą czy z Safiną, wołają: "Dinara". W Polsce już prawie zawsze poznają. Czapka na oczach nawet nie pomaga. Ostatnio w restauracji jakaś pani pyta "Radwańska?", a ja na to, że "nie", więc ona, że "strasznie pani podobna", a ja wtedy: "no właśnie, wszyscy mi to ciągle mówią". Lubię sobie czasem pożartować.

RADWAŃSKA 2009

44

wygrane mecze

12

ćwierćfinałów

1

finał w Pekinie

1,6

mln dolarów

10.

miejsce na świecie

Specjalny serwis Sport.pl- Agnieszka Radwańska »


Więcej o: