Po pierwszym skoku Polak machnął ręką, nawet nie spojrzał w kierunku sędziów. Głową kręcił zrezygnowany trener Hannu Lepistö. Obaj wiedzieli, że gdyby warunki były inne, Adama stać było na lepszy skok niż na odległość 128,5 m. Niestety, decyzją sędziów musiał skoczyć w beznadziejnych warunkach, w takich, których nie miał prawa odfrunąć.
- Mocno się wkurzyłem, dwa razy musiałem schodzić z belki i wytrąciłem się z rytmu i równowagi - mówił po konkursie Małysz. - W drugiej serii wiedziałem, że muszę oddać dobry skok i się udało. Był nawet bardzo dobry, szkoda, że nie udało się wygrać, bo szansa była spora.
W końcówce sezonu formę osiągnął fenomenalną - na treningu znokautował rywali, uzyskał 142 metry. To była odległość i styl na wygranie konkursu, na pokonanie niesamowitego Ammanna. Bo Małysz to nie
Kamil Stoch - kiedy jest w formie, skoki z treningów potrafi przełożyć na konkurs. W dyspozycji jest niebywałej.
Pokazała to zresztą druga seria, w której Małysz dosłownie odfrunął rywalom, skacząc w niekorzystnych warunkach 136,5 m. Pozostali lądowali o kilkanaście metrów bliżej. Adam był poza ich zasięgiem. Stał na miejscu dla lidera i tylko uśmiechał się po każdym kolejnym skoku. Nikt nie był w stanie się do niego nawet zbliżyć. Wyprzedził go jedynie Ammann, który w drugim skoku też był o wiele słabszy od Polaka. Skoczył tylko 124,5 m, a zwycięstwo uratowała mu przewaga z pierwszej serii.
Tym samym Ammann rozpoczął nową erę wybudowanej kosztem około 900 mln zł nowej skoczni o nazwie Nye Holmenkollen Fyr. Zaprojektowana została przez duńskie biuro architektoniczne JDS pod kierownictwem belgijskiego architekta Juliena de Smedta, którego projekt został wybrany w 2007 roku ze 104 nadesłanych na konkurs. Projekt wzbudził kontrowersje - Norwegowie nie mogli pogodzić się z tym, że ich "święty obiekt" zaprojektował architekt z kraju, w którym nie uprawia się sportów zimowych, a zwłaszcza skoków narciarskich. Drugim szokiem było wybranie głównego wykonawcy - firmy z Göteborga, bo norweskie były zbyt drogie. Szwedzki wykonawca zlecił budowę głównych konstrukcji stalowych... polskiej firmie Janson z Radomska. Norwegowie nie mogli w to uwierzyć - publiczna
telewizja NRK podała, że "Polacy budują nasz narodowy obiekt sportowy ze stali pochodzącej ze złomowanych kuchenek i lodówek". Dziennik "Verdens Gang" sprostował te informacje: "Jest to bardzo renomowany producent konstrukcji z najwyższej jakości fińskiej stali.
Polska firma zbudowała wiele skomplikowanych obiektów w Europie, a w Szwecji nawet most kolejowy!".
Po przewiezieniu elementów konstrukcji stalowej skoczni do
Oslo zostały one zmontowane w całość za pomocą 10 450 stalowych śrub. Jest to też pierwsza skocznia na świecie, która otrzymała stałe sztywne osłony przed wiatrem o wysokości 10 m. Jest obiektem narodowym. Za rok odbędą się tam MŚ w narciarstwie klasycznym. Skocznia ma być nowym symbolem Oslo widzianym z każdej części miasta. Zeskok mierzy aż 27 m szerokości, trybuny mieszczą 30 tys. widzów.
W niedzielę obejrzeli oni radość 29-letniego Szwajcara, który - zdobywając Puchar Świata - ma w kolekcji wszystkie najważniejsze tytuły: mistrz świata, igrzysk i triumfator PŚ. Wygrał pięć ostatnich startów w PŚ oraz dwa konkursy olimpijskie. Ale przestał już być nieosiągalny dla Małysza. Jest to ważne, bo od czwartku w Planicy mistrzostwa świata w lotach. - Skoro mogłem awansować z 13. miejsca na drugie, a nawet walczyć o zwycięstwo, to znaczy, że w Planicy jestem w stanie walczyć - mówił Małysz, który po konkursie bardzo się spieszył na lotnisko. Organizatorzy poprosili go, by ze stanowiska spikera powiedział kilka zdań do polskich kibiców, których na skoczni były tysiące. - Czuję się jak w Zakopanem, tu jest nasza druga ojczyzna. Dzięki - krzyknął Adam czym wzbudził aplauz. Po raz 83. w karierze stanął na podium PŚ. Piąty był też w klasyfikacji końcowej PŚ w tym sezonie.
Medalu w MŚ w lotach Adam jeszcze nie ma. Formę na niego - owszem.