Kiedy najlepszy polski skoczek wylądował, można było jęknąć z zawodu. Miał niekorzystny wiatr, ale 127,5 metra nie wystarczyło do utrzymania nie tylko pierwszej, ale zajęcia choćby drugiej lokaty. Małysz sam pokręcił głową - szansę na pierwsze od 1086 dni zwycięstwo w Pucharze Świata miał niepowtarzalną. Wydawało się, że mocno wyszedł z progu, że leci wysoko... Nagle spadł.
W pierwszej serii pofrunął znakomicie - 135,5 m. Stało się coś, co wydawało się niemożliwe - ktoś wylądował dalej niż Ammann. Szwajcar miał dwa najdłuższe skoki w każdym z pięciu poprzednich konkursów. Wygrywał je z ogromną przewagą i zdobył dwa
złote medale olimpijskie. Małysz deptał mu po nartach, za każdym razem zajmował drugą lokatę, raz tylko - w Klingenthal podczas PŚ - skoczył w zawodach tyle co Szwajcar. W piątek był od Ammanna wreszcie lepszy i zwycięstwo miał w zasięgu.
Bo Ammann już nie odleciał rywalom tak jak poprzednio. W drugiej serii uzyskał 133,5 m, tylko o metr więcej niż Austriak Gregor Schlierenzauer. A więc skoczył na poziomie osiągalnym dla innych skoczków - wcześniej lądował pięć-sześć metrów dalej, nie zostawiając nikomu złudzeń.
Puchar Świata był jedynym trofeum, którego mu brakowało, bo był mistrzem świata i igrzysk.
Małysz po raz 81. zajął miejsce na podium. Na pocieszenie pozostaje mu awans w klasyfikacji generalnej PŚ na piąte miejsce. W niedzielę konkurs w
Oslo. Za tydzień w Planicy mistrzostwa świata w lotach.