Sport.pl

Łukasz Kubot: Najważniejszy będzie mój serwis

- Mam fantastyczny sezon w deblu, ale wciąż nie skreślam singla. W Paryżu postaram się o niespodziankę - mówi Łukasz Kubot
Ostatnim zawodnikiem znad Wisły, który grał w Paryżu w turnieju głównym, był Wojciech Kowalski w 1995 r. Przegrał wtedy w I rundzie w pięciu setach z Francuzem Guyem Forgetem. Kubot, który w rankingu ATP zajmuje 137. miejsce, podobnie jak Kowalski, skutecznie przedarł się przez eliminacje. W trzeciej, decydującej rundzie pokonał Brazylijczyka Thiago Alvesa (ATP 118) 4:6, 6:3, 10:8. Dziś zmierzy się z Serbem Viktorem Troickim.

Jakub Ciastoń: Jak się czuje pierwszy Polak w singlu French Open od 14 lat?

Łukasz Kubot: Szczęśliwy, ale zmęczony. Mecz z Alvesem był niezwykle dramatyczny. Trwał trzy godziny, w końcówce obaj słanialiśmy się już na nogach. Obroniłem meczbola, rywal przełamał mój serwis, ale wytrzymałem presję, postawiłem na atak, zaryzykowałem i opłaciło się. Kluczowe były moje dobre returny w końcówce.

Troicki to solidny rywal. Ma pan plan, co zrobić, by nie pójść w ślady Kowalskiego i awansować do drugiej rundy?

- Z Viktorem znamy się dobrze, kilka lat temu byliśmy w singlu na zbliżonym poziomie. Graliśmy w tych samych challengerach, ale on potem niesamowicie wystrzelił, a ja koncentrowałem się na deblu. Będzie faworytem, bo jest w czterdziestce, gra w mocnej reprezentacji Serbii w Pucharze Davisa. Najważniejszy będzie mój serwis. Troicki to mistrz returnów, nie mogę dawać mu prezentów.

W 2006 r. miał pan już przygodę wielkoszlemową. W US Open po przejściu eliminacji zatrzymał pana dopiero Dawidienko w III rundzie.

- Nie jestem sentymentalny. Nie patrzę za często w przeszłość, a w przyszłość też za daleko nie wybiegam. Nie patrzyłem nawet na drabinkę.

Ale jak to z panem jest, zawsze podkreślał pan, że woli korty twarde, a tu nagle I runda Rolanda Garrosa, a kilkanaście dni temu singlowy finał w Belgradzie, też na mączce.

- To dzięki deblowi. Razem z Oliverem Marachem tworzymy od jakiegoś czasu duet na niezłym światowym poziomie. Gramy w dużych turniejach, trenujemy z zawodnikami z czołówki, podpatrujemy, uczymy się. Bardzo poprawiłem się technicznie. Moja gra nie opiera się wyłącznie na serwisie. Coraz częściej chodzę do siatki. Tu nie chodzi więc o lubienie, czy nielubienie nawierzchni. Jak masz większe umiejętności i doświadczenie, kort nie ma znaczenia.

Podczas Australian Open mówił pan, że skupia się na deblu. Może warto zmienić zdanie?

- Debel jest najważniejszy, ale nie mówiłem, że całkiem skreślałem singla. Zawsze, gdy nadarzy się okazja, próbuję grać w eliminacjach, choć trudno uwierzyć, by nagle moja kariera zaczęła się kręcić wyłącznie wokół singla. Mam już 27 lat. W deblu wygraliśmy w tym roku dwa turnieje ATP, byliśmy w półfinale Wielkiego Szlema. To są superwyniki.

W Belgradzie, jako pierwszy Polak od 26 lat, doszedł pan do finału turnieju ATP.

- To były najbardziej zwariowane dni w moim życiu. Wszystko zaczęło się jeszcze tydzień wcześniej w Ostrawie. Odpadłem w ćwierćfinale i w ostatniej chwili zapisałem się do eliminacji w Belgradzie. Na kort wyszedłem dwie godziny po lądowaniu samolotu. W trzecim secie pierwszego meczu kwalifikacji przegrywałem, ale jakimś cudem się uratowałem. W ostatniej rundzie przegrałem po walce z Dominikiem Hrbatym, ale ktoś się wycofał i wszedłem do turnieju jako lucky looser. Kolejny mecz musiałem grać tego samego dnia, bo w poniedziałek padało, ale znów pomogło szczęście, bo grałem z niedoświadczonym Serbem z dziką kartą. Potem była kontuzja Andriejewa, ale z Kristofem Vliegenem i Ivo Karloviciem musiałem już szczęściu pomóc.

Pokonanie Karlovicia to największy sukces w singlowej karierze? Facet ma 209 cm, serwuje jak armata, toczy wyrównane pojedynki z Federerem...

- Największym przeżyciem był dla mnie przegrany finał z Djokoviciem. 10 tys. ludzi na trybunach kortu centralnego, gram z gościem, który jest trzeci na świecie w stolicy jego kraju. Publiczność była fantastyczna, bo dopingowała bardzo fair. Wspierali mnie, doceniali, że gram 12. mecz w ciągu siedmiu dni [Ostrawa plus debel w Belgradzie]. Gdybym w drugim secie trochę lepiej serwował, mogło być różnie. Nie miałem już jednak siły.

Djoković to po Nadalu najlepszy gracz na kortach ziemnych. W tym drugim secie napędził mu pan niezłego stracha.

- No właśnie. To było niesamowite. Okazuje się, że czasem znacznie trudniej jest przejść eliminacje, niż toczyć wyrównany mecz z trzecim tenisistą świata. Dodało mi to bardzo dużo pewności siebie.

Robert Radwański: Tenis to jest biznes! - czytaj tutaj »