Sport.pl

Łukasz Kubot: Jeszcze to do mnie nie dociera

- W deblu wyniku nie tworzy prosta suma umiejętności graczy. Przecież nie gram lepiej forhendu i nie serwuję pewniej, tylko dlatego, że jest nas dwóch. Decyduje zgranie, a ja z Oliverem Marachem rozumiem się bez słów - mówi Łukasz Kubot, który ze swoim austriackim partnerem zagra o finał Australian Open. W ćwierćfinale pokonali we wtorek 6:2, 6:2 Mariusza Fyrstenberga i Marcina Matkowskiego
Federer zagra o finał z Roddickiem »

Jakub Ciastoń: Zagra pan o finał Wielkiego Szlema, ale się pan nie cieszy. Dlaczego? Polaków, którym się to udało, można policzyć na palcach jednej ręki...

Łukasz Kubot: - Cieszę się, może tego nie widać. Chyba jeszcze to do mnie nie dociera, że jestem w półfinale Szlema, a nie challengera, jak dotychczas. Nigdy wcześniej nie pokonałem Mariusza i Marcina, a teraz udało się i to w Wielkim Szlemie. Na radość przyjedzie czas. Nie chcemy się z Olim dekoncentrować. Turniej się jeszcze nie skończył. Na konferencję prasową przyszliśmy prosto z siłowni. Po meczu poszliśmy od razu jeszcze trochę poćwiczyć i porozmawiać o meczu. Nie mam też siły na radość, bo... od kilku dni chodzę przeziębiony. Bolało mnie gardło. Nie wiem, czy nie będę musiał wziąć antybiotyków.

Co pan powie o meczu z Fyrstenbergiem i Matkowskim?

- Decydujące były nasze szybkie przełamania serwisów. Kontrolowaliśmy sytuację. Jestem zadowolony ze swojej gry, bo dziś nie tylko dobrze serwowałem i grałem przy siatce, ale też udawały się returny. W drugim secie na moment zrobiło się gorąco, bo mogli przełamać nasz serwis. Ale dobrze się skończyło.

Rywale powiedzieli, że przegrali głównie przez kontuzję mięśni brzucha Mariusza.

- Widziałem, że ma jakieś kłopoty. Wezwał na kort lekarza, a w drugim secie trzymał się za brzuch. Nie wiem. Trudno ocenić. Na pewno zagrali dziś słabszy mecz, ale nie zmienia to faktu, że my graliśmy dobrze. Jesteśmy zadowoleni z własnej gry i to jest najważniejsze. Wiem, że to był dla nich bardzo ważny występ. W tej części sezonu nie bronią wielu punktów. Mieli nawet szanse wskoczyć do dziesiątki indywidualnych rankingów deblowych. Mam nadzieję, że chłopakom szybko przejdzie.

W drugiej rundzie ograliście Nenada Zimonjicia i Daniela Nestora, najlepszą parę świata. W turnieju nie straciliście jeszcze seta. Możecie wygrać Australian Open?

- Na tym etapie w deblu może się zdarzyć wszystko. Zostały same mocne pary, a debel z natury jest mniej przewidywalny od singla. W Szlemie gra się do dwóch wygranych setów, tylko na Wimbledonie do trzech, więc faworyci nie mają lekko. Nie wiem co będzie. Nie mamy nic do stracenia.

Jakie są wasze atuty? Jako singliści, pan i Marach, nigdy nie mieliście takich wyników.

- W deblu wyniku nie tworzy prosta suma umiejętności graczy. Przecież nie gram lepiej forhendu, czy nie serwuję pewniej, tylko dlatego, że jest nas dwóch. Decyduje zgranie, a my rozumiemy się bez słów, bo z przerwami gramy ze sobą od 2004 r. Jesteśmy też kolegami poza kortem, dobrze się rozumiemy. Uzupełniamy się.

Gracie razem od dawna, ale świetny wynik przychodzi dopiero teraz. Dlaczego?

- Moim zdaniem zdecydowało przygotowanie fizyczne do sezonu. Chyba po raz pierwszy w karierze zrobiłem zimą wszystko jak należy. Odpowiednio wcześnie przestałem grać. Odpocząłem, a potem wziąłem się do roboty. Nie mamy na stałe trenera deblowego, ale w Pradze czeskiej, gdzie mieszkam, pracowaliśmy całą zimę pod okiem trenera Ivana Machitki. W przeszłości działał m.in. z Petrem Kordą i Radkiem Stepankiem. Oli był sceptycznie nastawiony do przyjazdu do Pragi, chciał lecieć do USA, ale przekonałem go. I chyba się opłaciło.

O finał zagracie z Maheshem Bhupathim i Markiem Knowlesem.

- To trzecia para deblowa na świecie. W 2006 r. wygraliśmy z Bhupathim w Dausze. Występował wtedy z innym partnerem. Nigdy nie grałem przeciwko Knowlesowi. Może Mariusz i Marcin coś doradzą, bo często się z nimi spotykali. Mam nadzieję, że nie będą jakoś specjalnie przeżywać porażki. Prywatnie jesteśmy kolegami, znamy się z występów z reprezentacji daviscupowej. Często radzimy się w różnych sprawach.

Przez wiele lat próbował pan szczęścia w singlu. Teraz skoncentruje się na deblu?

- Nie mam 19 lat. W singlu nie byłem w stanie zarobić dużych pieniędzy i zrobić dobrego wyniku. W deblu, takie możliwości są, bo z Olim tworzymy dobrą parę. W tym roku będziemy grać razem jak najwięcej dużych imprez. Ale całkowicie singla nie odpuszczam.

W polskim tenisie finansowo się ostatnio nie przelewa. Prokom wycofał się ze sponsoringu. Dla kogoś takiego jak pan, duży zastrzyk gotówki [56 tys. dol. australijskich], jest chyba szczególnie ważny?

- Oczywiście, że się przyda. Nie mam innych źródeł utrzymania niż gra na korcie. Nie mam sponsorów od zeszłego roku. Sam rozwiązałem umowę z Polskim Związkiem Tenisowym, bo potraktował mnie brzydko, przy rozdzielaniu dzikich kart do Warsaw Orange Open. PZT najpierw obiecał kartę, a potem, nie podając żadnych powodów, w ostatniej chwili jej nie przyznał. Nikt się nawet ze mną nie skontaktował. Nikogo nie interesowało, że specjalnie się przygotowywałem do tego turnieju. Oddałem więc 50 tys. zł, które dostawałem w ramach działającego jeszcze wtedy programu PZT Prokom Team i podziękowałem za współpracę. To właśnie dlatego nie gram w reprezentacji na Puchar Davisa. Nikt mnie nawet nie przeprosił za to, co wtedy się stało.

Spodziewa się pan teraz telefonu z gratulacjami z PZT?

- Nie interesuje mnie to.

Dwie Rosjanki w półfinale Australian Open - czytaj tutaj »


Więcej o: