Sport.pl

Smuda: W Lechu ma być jak w Bundeslidze

- Profesjonalny trener profesjonalnego klubu nie zastanawia się, czy posadzić profesjonalnego piłkarza na ławie, gdy ten popełnił błąd. Po prostu go sadza - mówi trener Lecha Poznań Franciszek Smuda przed dzisiejszym meczem z Jagiellonią Białystok
Do tego spotkania lechici przystępują po wpadce z Cracovią w Krakowie, gdzie - zdaniem Smudy - "przegrali wygrany mecz". I gdzie, można powiedzieć, wróciły stare lęki. Lech zaczął popełniać błędy, jakich nie widzieliśmy co najmniej od początku tej rundy. Błędy niczym z początkowego okresu pracy Smudy na Bułgarskiej. - Kompletnie się tego nie spodziewałem. Zwłaszcza że zaczęło się to w sytuacji, gdy prowadziliśmy i kontrolowaliśmy przebieg wydarzeń na murawie - mówi szkoleniowiec. - Stało się tak, bo miały miejsce błędy indywidualne.

Smuda się nie patyczkuje, wypomina je piłkarzom personalnie: - Krzysztof Kotorowski zawala nam bramkę. Kikut bawi się piłką na własnej połowie, choć Murawski krzyczy mu obok: "Podaj, podaj". Tracimy piłkę, tracimy gola. Wreszcie bramka, którą Cracovia wbiła nam po... naszym rzucie rożnym! Tłumaczę im, że takie kontry trzeba przerwać. Nie przerwali - denerwuje się trener. - Błędy się zdarzają, ale nie mogą się przytrafiać w takich meczach i z takimi rywalami. Dlaczego potrafiliśmy z silnymi przeciwnikami zagrać na zero z tyłu, a z Cracovią nie? Odpowiedzią jest brak koncentracji. A to jest niedopuszczalne.

Porażka z Cracovią może słono kosztować Lecha, a też tych piłkarzy, którzy się mylili. A byli to niemal wszyscy, może poza Henrym Quinterosem. Smuda już zaznaczył, że do bramki na dzisiejszy mecz z Jagiellonią po długiej przerwie wejdzie Rumun Emilian Dolha. - Na niekorzyść Dolhy przemawia nie tyle to, że w tamtym nieszczęsnym jesiennym meczu z Wisłą popełnił fatalne błędy, ale to, że się po nich długo nie mógł podnieść - mówi szkoleniowiec. - Teraz jednak jest w wyśmienitej formie. Pozbierał się, mocno trenował. Zachowywał się też fair wobec Krzysia Kotorowskiego. Nie kopał pod nim dołków, dopingował go, gratulował mu udanych interwencji, wybitnie pomógł Kotorowi zbudować dobrą formę. Spokojnie czekał na szansę. Teraz czuję, że nie popełnię błędu, gdy go wystawię.

- Więcej personalnych zmian za bardzo nie mogę zrobić, choć powinienem - dodaje Smuda. - Powodem jest zbyt wąska kadra. I to mnie właśnie wkurza - dodał.

Zdaniem Smudy, sytuacja, gdy piłkarz popełnia błędy i gra dalej, jest niewychowawcza i tylko mu szkodzi. - Profesjonalizm nakazuje działać inaczej - mówi. - Jeśli bowiem ktoś popełnia błędy, to znaczy, że albo nie umie, albo się nie skoncentrował. A jeśli się nie skoncentrował, to znaczy, że nie chce zarabiać pieniędzy, które płacimy mu za koncentrację. Profesjonalnemu piłkarzowi trener nie musi się tłumaczyć, dlaczego sadza go po błędach na ławce. Profesjonalny piłkarz nie biega do mediów na skargę. Profesjonalny piłkarz rozumie.

- Powinniśmy mieć kadrę 26 graczy, jak w Bundeslidze - stwierdził Smuda. Na pytanie, czy nie miałby wtedy zbyt wielu sfrustrowanych piłkarzy, którzy za mało grają, odrzekł: - Takie uwagi są śmieszne, bo zakładają, że jestem samobójcą. Jako trener odpowiadam za wyniki tej drużyny, od nich zależy mój los. I ja, wiedząc to, miałbym nie wystawiać piłkarza, który jest naprawdę dobry tylko dlatego, że go nie lubię czy mam swoje widzimisię? Absurd! Jeśli od tego zależy mój los jako trenera, to naprawdę dobry piłkarz może mnie tysiąc razy kopnąć w d..., a i tak go wystawię.

Wygląda zatem na to, że decydujące chwile batalii o europejskie puchary na tyle wzmogły napięcie, iż piłkarze Lecha nie mogą teraz liczyć na żadną tolerancję dla swych błędów. - Piłkarze sami doprowadzili do tego, że musimy wygrać wszystkie trzy mecze, które zostały do końca sezonu [z Jagiellonią, Polonią Bytom i ŁKS Łódź - przyp. red.]. Teraz to wiedzą i nie muszę im przypominać.

Lech jednak musi liczyć także na potknięcia rywali - Legii Warszawa i Dyskobolii Grodzisk Wlkp. Sporą rolę miał tu odegrać nowo kreowany mistrz kraju - Wisła Kraków, ale ta przegrała niedawno z Legią. - Jestem zaskoczony takim brakiem ambicji u graczy Wisły - mówi Smuda. - Że też nie chcieli pokusić się o to, by - jak mój Widzew z lat 90. - być mistrzem bez porażki... Ja bym chciał, stanąłbym na głowie, aby tak było.

Poznaniakom do końca rozgrywek zostały mecze z rywalami teoretycznie od nich słabszymi. Targana niemocą Jagiellonia z pewnością jest jednym z nich - w końcu w żadnym z ostatnich sześciu spotkań nie zdobyła nawet punktu. Nigdy też w ekstraklasie nie zdobyła go na Bułgarskiej. - Właśnie ze względu na tę koncentrację piłkarzy wolę grać z rywalami takimi jak Legia, którzy wyzwalają więcej adrenaliny. Bo mecze z teoretycznie słabszymi rywalami niekiedy zmieniają się w takie ecie-pecie - zaznacza Smuda.

Niepokoi fakt, że już od pięciu spotkań gola dla Lecha nie zdobył żaden z dwójki napastników Hernan Rengifo - Piotr Reiss. Reiss nie strzelił tej wiosny w ogóle. Ich spadek formy Smuda składa na karb samonapędzającej się spirali. - Do formy napastnika potrzebne są gole. Gdy ich nie ma, wpada on we frustrację - tłumaczy. - Dlatego z formą napastników jest jak z seriami. Worek z bramkami musi się rozwiązać. I w wypadku Rengifo, i Reissa rzecz rozbija się o tego gola, którego strzelą i który ich przełamie. Zresztą dla mnie bez znaczenia jest, kto strzela gole. Nie muszą tego robić napastnicy, pod warunkiem, że wykonają swoją robotę w polu karnym, tzn. porozbijają się tam, utrzymają przy piłce, dograją do partnera itd. To jest ważniejsze od ich goli.

Mecz Lecha Poznań z Jagiellonią Białystok rozpocznie się na Bułgarskiej dziś o godz. 20. Przyjeżdża nań tysięczna grupa kibiców z Podlasia. Bilety normalne kosztują 38 i 45 zł, można je kupować dziś w kasie stadionu od godz. 8 do 14 oraz po godz. 18.