Sport.pl

Boks. Rafał Jackiewcz: z dyskotekowych zadym na bokserski szczyt

ringpolska.pl
04.09.2010 , aktualizacja: 04.09.2010 08:59
A A A Drukuj
Rafał Jackiewicz z lewej Fot. Iwona Burdzanowska / AG Rafał Jackiewicz z lewej
Gdy w 2002 roku pchnięty nożem w serce Rafał Jackiewicz wracał do zdrowia na oddziale intensywnej opieki medycznej szpitala w Mińsku Mazowieckim, lekarze twierdzili, że nie ma żadnych szans, by kiedykolwiek wrócił do wyczynowego uprawiania sportu. Dziś jest oficjalnym pretendentem do tytułu bokserskiego mistrza świata wagi półśredniej prestiżowej federacji IBF, a o tragicznym wypadku sprzed ośmiu lat przypominają mu już tylko imprezy z okazji "rocznicy śmierci" - kolejną wyprawił trzy miesiące temu, 8 czerwca. Walka Jackiewicza o pas mistrza świata na żywo w Sport.pl o godzinie 23:00.
Rafał Jackiewicz i Delvin Rodriguez
Rafał Jackiewicz i Delvin Rodriguez
- Rafał już dziś zmierzysz się z Dejanem Zaveckiem w walce o tytuł zawodowego mistrza świata w boksie, jednak twoja przygoda ze sportami walki nie rozpoczęła się od boksu...

Rafał Jackiewicz: Zgadza się , zaczynałem już w przedszkolu i nie żartuję [śmiech]... podstawiałem nogi innym dzieciom, zawsze byłem takim zbójem, że musiałem kogoś uderzyć popchnąć, cokolwiek... W szkole też zawsze było tak, że jak się coś działo, to od razu winny był Jackiewicz.

- A tak bardziej oficjalnie, kiedy zacząłeś trenować?

RJ: Gdy w połowie szóstej klasy przeprowadziłem się z Mińska Mazowieckiego do Kołbieli. Tam zacząłem trenować kickboxing. Tam wszystko się zaczęło i mogę śmiało powiedzieć, że gdyby nie tamta przeprowadzka, nie byłbym dziś tu, gdzie jestem. Potem w zawodówce zapisałem się na treningi do ciotecznego brata Marka Piotrowskiego - Mirosława Kaczorka. Trenowałem też ostro na sobotnich dyskotekach...

- Na dyskotekach?

RJ: Dokładnie. W tamtych czasach tak naprawdę cały tydzień trenowałem tylko po to, by w sobotę walczyć na dyskotekach. I muszę powiedzieć, że odnosiłem sukcesy... Uwierz mi, ja całe pięć dni ćwiczyłem, biegałem, rozciągałem się, tylko po to, by w weekend iść na zabawę i się bić. Tak naprawdę prawie nigdy w życiu nie byłem na zabawie tylko po to, żeby się pobawić. Jak ten jeden jedyny raz zaprosiłem dziewczynę na zabawę, to wytrzymałem z nią do 23-ej, a potem już chłopaki zaczęli mnie wołać do jakiejś awantury i zostawiłem ją.

- Naprawdę jeździłeś na dyskoteki tylko po to, by się bić?

RJ: Tak, kręciło mnie to, uważany byłem za eksperta od solówek. Ale nie musiałem specjalnie szukać zaczepki, bo byłem takim szczurkiem, ważącym 62 kilo i więksi ode mnie kozacy z chęcią do mnie startowali, sądząc, że łatwo im ze mną pójdzie.

- Co to znaczy, że byłeś ekspertem od solówek?

RJ: To znaczy, że jak była jakaś zadyma, to zawsze mnie wystawiali na solo. Powiem szczerze, że zawsze wygrywałem. Zaznaczam jednak, że zawsze biłem się z większymi, im większy to był kozak, tym lepiej było dla mnie, bo zyskiwałem większy szacunek - takie miałem podejście. Nigdy nie biłem słabszych albo mniejszych ode mnie. Muszę przyznać, że te zadymy wyrobiły mi charakter i psychikę. W ringu nigdy się nie boję, nikogo. To znaczy jakaś tam obawa zawsze była i jest - że można nadziać się na większego kozaka i dostać po głowie - ale mnie strach zawsze motywował.

- Kiedyś na dyskotece w końcu nadziałeś się jednak na „większego kozaka” i mało nie straciłeś życia...

RJ: Większy kozak to raczej nie był, ale faktem jest, że gdyby nie szczęśliwe zrządzenie losu, nie rozmawialibyśmy teraz.

- Jak do tego doszło, bo w prasie pojawiały się różne wersje tej historii...

RJ: Był 8 czerwca 2002 roku - dobrze znam tę datę, bo co roku obchodzę ją jako rocznicę swojej śmierci. To była impreza z okazji pierwszych urodzin mojego syna Jacka. Po imprezie odwieźliśmy synka i wybraliśmy się na dyskotekę w Mińsku Mazowieckim. Na szczęście dyskoteka była położona zaledwie kilometr od szpitala - jak się potem okazało, tylko dlatego nadal żyję. Gdy nad ranem wyszedłem z dyskoteki, zaczepił mnie jakiś koleś. Prosił się o lanie, więc dostał trzy bomby, przewrócił się i wydawało mi się, że mam już go z głowy. Jakiś czas później wracałem tą samą drogą, a on tam dalej stał i szukał zaczepki. Sprzedałem mu kopa, żeby już się uspokoił. Jak się przewrócił, byłem pewny, że już jest po wszystkim i wypaliłem: „Gościu! Chyba źle trafiłeś, co?” Niestety okazało się, że to ja źle trafiłem. W jego ręku ujrzałem nóż. Powiedziałem: „Wyrzuć go, bo zaraz znów dostaniesz”. On zadał cios. Nie wiem, jak wygląda zderzenie z ciężarówką, ale czułem się wtedy, jakby wpadła na mnie ciężarówka. Podniosłem koszulkę i zobaczyłem, że mam dosłownie dziurę w brzuchu. On krzyknął, że mnie zabije i rzucił się znów na mnie. Dałem radę przebiec jeszcze 100 metrów i upadłem na ziemię, tracąc przytomność. Pamiętam jeszcze moment, gdy nieśli mnie do samochodu - miałem wtedy wrażenie, że frunę, unoszę się nad ziemią. Ocknąłem się w szpitalu, jak wyjmowano mi z ust rurkę od respiratora. Usłyszałem wtedy, że straciłem tyle krwi, że od śmierci dzieliły mnie dwie minuty. Miałem przebitą prawą komorę serca i osierdzie. Życie uratowała mi szybka operacja...

- Podobno lekarze stwierdzili wówczas, że nie wrócisz już na ring...

RJ: Tak, powiedzieli mi, że już nigdy w życiu nie będę mógł uprawiać sportu na poważnie, że taka operacja to jest tak, jakbym przeżył zawał. Odparłem, że za tydzień mam walkę [śmiech]. Oczywiście na walkę nie zdążyłem, ale po 10 dniach wyszedłem już ze szpitala, po 20 jeździłem samochodem, a po miesiącu wróciłem na salę treningową. Wypadek z nożem miałem w czerwcu, a w połowie grudnia zająłem drugie miejsce na mistrzostwach Polski, według mnie niesłusznie tylko drugie, bo nie powinienem przegrać finału. Ale i tak się cieszyłem, bo pół roku wcześniej byłem już praktycznie martwy. W lutym następnego roku trafiłem do boksu zawodowego. Zadebiutowałem w swoje 24. urodziny.

- Dlaczego zdecydowałeś się na boks i jakie wiązałeś nadzieje ze swoją karierą pięściarską?

RJ: Marzenie miałem wtedy tylko jedno - chciałem walczyć, bo walkę mam we krwi, a któregoś dnia zdobyć pas mistrzowski, nawet najmniej ważnej federacji. Nie wyobrażałem sobie nawet tego, że kiedyś mógłbym boksować 10 lub 12 rund. Ja żyłem wtedy z dnia na dzień, a boks dawał mi pieniądze na życie. Nie interesowało mnie w tym momencie, z kim i gdzie walczę, chciałem tylko wiedzieć za ile. Mistrzostwo świata czy Europy? Nawet o tym nie śniłem. Pamiętam, że pierwsze sparingi w boksie toczyłem na bosaka, bo tak mi, jako kickbokserowi, było wygodniej. W pierwszej walce, po otrzymaniu pierwszej kombinacji ciosów od prawdziwego boksera, pomyślałem „Cholera! Ale on mocno bije”. Ale jakoś się pozbierałem, wygrałem na punkty i potem już jakoś poszło.

- Boks to nie jest łatwy sport, a miałeś taki okres w karierze, że poniosłeś kilka porażek, nie zawsze z resztą zasłużenie . Zdarzały się chwile zwątpienia?

RJ: Nigdy, naprawdę nigdy, ani na chwilę nie zwątpiłem w siebie. Nie jestem człowiekiem, który się łatwo załamuje, mam cholernie dużo wiary w to, co robię,

Zobacz więcej na temat:

Podziel się