Sport.pl

Boks. Corrie Sanders, czyli wielki, biały Moby Dick

Do skur..., którzy zamordowali mojego przyjaciela Corrie Sandersa. Zgnijcie w piekle! - pisał gwiazdor radia RPA Darren Scott, który dwa dni przed śmiercią byłego mistrza świata wagi ciężkiej zrobił z nim wywiad
Są miasteczka w RPA, gdzie popełnia się średnio 300 morderstw na 100 tys. mieszkańców. W Polsce ta średnia wynosi 1,29 (2010). Dziennie w tym afrykańskim kraju dokonuje się 50 zabójstw, kolejnych 50 prób się nie udaje. A jednak nic tak ostatnio nie poruszyło kraju jak śmierć jednego pięściarza. W poniedziałek odbył się pogrzeb byłego mistrza świata wagi ciężkiej.

22 września 46-letni Sanders przyszedł z byłą żoną, córką i synem na 21. urodziny bratanka do pięknej wiejskiej restauracji w Brits koło Pretorii. Mimo że rezydencja Thatch Haven Country Lodge ma - jak każdy większy dom w tym kraju - bramę i wysokie ogrodzenie najczęściej pod wysokim napięciem, po zmroku do restauracji wdarło się trzech bandytów. Sanders z córką był akurat przy drzwiach, najbliżej napastników. - Leżeć. Twarzą w dół - wrzeszczeli, a gdy wszyscy już leżeli, łącznie z Sandersem ochraniającym córkę własnym ciałem, jeden bandyta powiedział do drugiego: - Rozwal wielkiego.

Zabójca strzelił, aby przerazić resztę ofiar. Zranił pięściarza w brzuch i ramię. Trójka przestępców zabrała od około 50 osób portfele, torebki, komórki i zniknęła. Sanders, który nigdy nie miał ubezpieczenia medycznego, znalazł się w szpitalu Kalafong, kilkadziesiąt kilometrów od Brits. Był przytomny. Powiedział swojej byłej żonie, żeby dzieci nie przychodziły do niego, bo jest w złym stanie. - Niech przyjdą jutro - powiedział. Zmarł nad ranem 23 września.

Bandyci zostali już złapani. To trzech mężczyzn z Zimbabwe w wieku od 19 do 27 lat. Jeden z nich został też oskarżony o zabójstwo białego farmera z okolicy dwa tygodnie wcześniej.

"Nigdy w życiu nikt tak mnie nie uderzył"

- Wtedy stałem się pełnym pięściarzem - powiedział kilka dni temu Władimir Kliczko, wspominając swoją komunikacyjną katastrofę z Corrie Sandersem w 2003 roku. Ukrainiec w ringu zderzył się bowiem z pociągiem towarowym. Leżał dwukrotnie w pierwszej rundzie, sędzia przerwał walkę po kolejnym zaliczeniu desek przez dwumetrowego Władimira.

Mistrz świata, który uważany był wówczas za wcielenie dominatora, za następcę Lennoksa Lewisa, miał 40 zwycięstw i zaledwie jedną przypadkową porażką, wracał do narożnika z błędnymi oczami, dosłownie rozjechany przez o dziesięć lat starszego mężczyznę, wybranego, gdy dziesięciu innych zawodników odmówiło Kliczce walki. Magazyn "The Ring" uznał pojedynek za sensację roku.

Może i tak, ale Sanders zawsze był niedowartościowany, bo całą karierę siedział zakopany w tym swoim Brits.

Był mańkutem. Wiadomo, dla mańkuta walczyć z praworęcznym to powszedniość, dla praworęcznego bić się z mańkutem to piekielne święto. Do tego lewa pięść Sandersa - fizycznie przypominającego Gołotę z najlepszych lat, tyle że szybszego - miała siłę i precyzję. Hasim Rahman, który wygrał z Afrykanerem dzięki temu, że pozbierał się z desek po nokdaunie w drugiej rundzie, powiedział, że "nigdy w życiu nikt go tak nie uderzył".

Sanders uważał, że stracił na tym, że jego promotor chronił go zbyt długo przed mocnymi rywalami, i na tym, że nie chciał przenieść się do USA, tak jak na przykład jego kolega Frans Botha. Obaj zaczynali boksować mniej więcej w tym samym czasie, ostatnia walka amatorska Sandersa to punktowe zwycięstwo nad Bothą. Botha zdobył później majątek, walcząc z bodaj wszystkimi najlepszymi pięściarzami wagi ciężkiej, a dziś szykuje się do pojedynku z nowozelandzkim rugbystą celebrytą Sonnym Billem Williamsem.

"Zawsze miałem więcej czarnych kibiców niż białych"

Kiedy Sanders wylądował w Johannesburgu po walce z młodszym Kliczką, nigdy bardziej nie zasłużył na miano łagodnego wielkoluda. Płakał, kiedy zobaczył, że wita go nie tylko rodzina, ale setki kibiców, mniej więcej równo pół na pół białych i czarnych. Ci drudzy przyszli wezwani przez przyjaciela pięściarza "Baby Jake'a" Matlalę, byłego mistrza świata kilku kategorii.

Matlala równą dekadę wcześniej zdobył swój pierwszy tytuł w wadze muszej i wtedy Sanders wraz z kolegą reporterem ruszył do getta Soweto, aby poznać "Baby Jake'a". W 1993 roku Soweto było jednym wielkim płonącym stosem opon, z największym wskaźnikiem morderstw i gwałtów na świecie, więc wizyta miała w sobie akt odwagi. Wiem, jak się czuje biały w takim miejscu, bo raz zabłądziłem w slumsach Kibery w Nairobi, które i tak przy Soweto lat 90. jest jak zebranie PEN Clubu.

Sanders płynął przez morze mieszkańców slumsów jak wielki, biały Moby Dick - wspominał reporter Gavin Evans. Zaprzyjaźnili się z czarnym "Baby Jakiem" na zabój, jak to czasem bywa między olbrzymami a maluchami.

Był to schyłek apartheidu. Dopiero rok później odbędą się wybory, za dwa lata nowy prezydent Nelson Mandela w czapce Springboków wręczy Puchar Webba Ellisa w rugby kapitanowi drużyny RPA François Pienaarowi. - Zawsze miałem więcej czarnych kibiców niż białych - mówił Sanders, który zaczynał boksować w czasach, gdy w kraju był mistrz czarnych i mistrz białych, oraz równolegle mistrz wszystkich ras (w 1976 r. pozwolono na walki mieszane).

Jeden z żegnających Sandersa na łamach reporterów napisał, że nad wyraz często pięściarze i boks wiążą się z przemocą i przestępczością, a jeszcze częściej dziennikarze wiążą jedno z drugim. Sanders jest zaprzeczeniem.

Sanders trenował z Haroldem Volbrechtem, byłym pięściarzem. Ale Volbrecht miał dwóch mistrzów świata. Mzuksi Sikali siedem lat temu zginął w podobnych okolicznościach.

Więcej o: