Sport.pl

Boks. Grzegorz Proksa: Lubię, jak się coś dzieje

- Promotor pokazał mi Las Vegas, abym chciał tam wrócić. To był dobry chwyt, bo wrażenie było ogromne. Byłem w jednej sali z Floydem Mayweatherem Jr., Hasimem Rahmanem. Można było z nimi trenować i pogadać jak kolega z kolegą. To mnie nakręciło - mówi mistrz Europy w kategorii średniej Grzegorz Proksa.
Proksa w sobotę zdobył tytuł mistrza Europy w kategorii średniej w imponującym stylu, przed czasem pokonując w Neubrandenburgu byłego mistrza świata Niemca Sebastiana Sylvestra.

Radosław Leniarski: Poprosił pan, abym zadzwonił za godzinę, bo trwa zebranie rady nadzorczej banku. Jest pan chyba pierwszym pięściarzem bankowcem...

Grzegorz Proksa: Od dłuższego czasu interesowałem się bankowością. Pracuję jako członek rady nadzorczej - po zgromadzeniu akcjonariuszy dwa lata temu - banku spółdzielczego w Węgierskiej Górce, gdzie mieszkam i trenuję.

W radzie są ludzie z różnych środowisk, ale lokalni, bo taka jest specyfika spółdzielczości bankowej. Skończyliśmy radę i mogę powiedzieć, że finanse są w rewelacyjnym stanie, nawet znacznie lepszym niż ja po pojedynku z Sebastianem Sylvestrem.

Okolice są bogate w talenty - Tomasz Adamek wychował się 20 km od pana. Może dlatego, że górale mają gdzie trenować. Pan może wbiegać na Baranią Górę (1220 m n.p.m.)...

- Tylko trzy razy tego dokonałem. Śmiertelny wysiłek, jeden z najgorszych w życiu. Ja biegam na Glinne (1034 m n.p.m.) - mój rekord to 32 min 58 s. 10 km po płaskim robię w trzydzieści kilka minut. Jak zaczynałem treningi zawodowe, nie spodziewałem się, że zejdę poniżej 40 min na tym dystansie. Ale bieganie stało się moim hobby.

Nigdy pan nie bił się w Polsce. Nie chciałby pan wreszcie zacząć?

- Szalenie. Wyjazdy takie jak do Neubrandenburga są kosztowne dla kibiców. Ale mimo to w Niemczech były flagi z napisem "Węgierska Górka", bębny huczały przed halą, kibice nauczyli się śpiewać piosenki o mnie po niemiecku i angielsku, żeby każdy zrozumiał... Kilkadziesiąt osób zrobiło fantastyczną atmosferę. Za kibiców nie muszę się wstydzić - oklaskiwali Sylvestra, gdy schodził z ringu pokonany. Skandowali jego imię. Dziennikarze niemieccy gratulowali fanów.

Trochę sobie to wszystko wyobrażam. Zajeżdża pan pod halę z promotorem Zbarskim jego błękitną corvettą...

- Nie, Krzysio corvettą, ja białym bentleyem z moim sponsorem i z prezesem banku.

Była też duża grupa w szatni, Artur Szpilka i inni z grupy Andrzeja Wasilewskiego...

- Ja nie chcę napięcia w szatni. Lubię, jak się coś dzieje. Dlatego w mojej szatni jest zawsze zabawa. Razem z chłopakami wyjeżdżamy na zgrupowania i dobrze się razem czujemy. Z chłopakami śpiewaliśmy sobie...

"Nie zapomnij, skąd tutaj przybyłeś"?

- Nie. Ryśka Riedla. Dżem.

Wcześniej, po wadze, zjadłem sernik. To mój rytuał, czekam na to długo po ścisłej diecie. Krzysiek Zbarski kupił wielki kawał, strasznie się na niego szykowałem, ale niestety, większość zjadł Paweł Gasser. Ja muszę walczyć z wagą. Za każdym razem zrzucam - uwaga - dwucyfrowo.

Dużo mówi się o pana stylu. Zawsze będzie pan walczyć tak nonszalancko?

- W boksie nie ma miejsca na nonszalancję. Jedni wyczuwają dystans rękami, ja nogami. Jak wyglądał mistrz defensywy Sylvester po trzech rundach? A ręce miał wysoko, twarz za podwójną gardą. Muhammad Ali, Floyd Mayweather Jr., Sergio Martinez, Roy Jones Jr. walczyli i walczą jak ja. Ale ja jako jedyny Polak muszę odbierać cięgi od krytyków. Przyjmuję je na klatę, ale prawej ręki nie podniosę, bobym sobie nią zasłaniał widok. Zresztą zaraziłem się boksem, oglądając Chrisa Eubanka, który też walczył w stylu, za którym nie wszyscy przepadali. Patrzyłem na jego pewność siebie, na umiejętność panowania nad tłumem, który go jednocześnie kochał i nienawidził, ale zawsze się licznie stawiał na walki. Mam nadzieję, że go kiedyś jeszcze spotkam oko w oko.

Jest pan niepokonany, ale w boksie trudno się z tym długo uchować. Boi się pan uczucia związanego z porażką?

- Porażka związana jest z boksem. Każdy trochę się jej boi. Liczę się z nią, ale po to haruję na treningu, aby jej jak najdłużej uniknąć. Obiecałem synowi przywieźć pas mistrz Europy, aby mógł z nim pójść do przedszkola, więc odgryzłbym Sylvestrowi tętnicę, aby miał ten pas. Ale syn nie poszedł do przedszkola, bo wolał zostać ze mną w domu.

Pierwsze dwie walki stoczył pan w Las Vegas. Dla debiutanta to musiało być wielkie przeżycie.

- I to jakie! Był to prezent od Krzysia Zbarskiego zachwyconego moim podejściem do pracy. Pokazał Las Vegas, abym chciał tam wrócić. To był dobry chwyt, bo wrażenie było ogromne. Byłem w jednej sali z Floydem Mayweatherem Jr., Hasimem Rahmanem, Castillo, Lemonem Brewsterem, Zabem Judahem. Można było z nimi trenować i pogadać jak kolega z kolegą. To mnie nakręciło.

Grzegorz Proksa - mistrz Europy, kategoria średnia (72,5 kg). 26 lat, 26 zwycięstw (19 nokautów) 173 cm wzrostu

Więcej o: