Azjaci. Tym razem nie dotarli do półfinałów, jak cztery lata temu, ale znów chcieli akredytować się na każdy mecz w liczbie pół miliona. To niezmienni nasi ulubieńcy podczas wielkich imprez sportowych, choć piszemy o nich nieśmiało, bo zdajemy sobie sprawę, że my, ludzie zapóźnieni cywilizacyjnie, wiemy o nich tylko tyle, ile oni chcą, byśmy wiedzieli. Nasz numer jeden mistrzostw to Japończyk, który nabył dwa hot dogi, po czym przez pół godziny obfotografowywał je, posapując, pod różnymi kątami. Zabrakło nam odwagi, by spytać, dlaczego ich nie zjadł.
Bilety. Handel na czarnym rynku kwitł jak nigdy, choć organizatorzy grozili, że będą sprawdzać paszporty i nikt z wejściówką na obce nazwisko nie wejdzie. Kontroli albo nie było wcale, albo były niedokładne, a pod stadionami krążyli osobnicy z tabliczkami "I need a ticket", co oznaczało zazwyczaj, że biletów nie potrzebowali, lecz chcieli je sprzedać. Każdy radził sobie, jak umiał. Wiceprezes FIFA i szef federacji Trynidadu i Tobago rozprowadzał je - odpowiednio drożej - przez należącą do rodziny agencję turystyczną (dostał naganę od Komisji Etyki FIFA); dziennikarz z Beninu opchnął wejściówkę na trybunę prasową koledze po fachu za 50 euro (oferował, że znajdzie kupców i na nasze); w berlińskim hotelu Ibis przez kilka godzin obserwowaliśmy, jak bilety na finał sprzedawał pewien londyńczyk; klientem koników próbował być też trener polskiego pierwszoligowca, ale zwykle się poddawał, bo ceny wysokie; w Dortmundzie przed meczem gospodarzy z Polską pan Marek wciskał Niemcom pezetpeenowskie bilety (szły za 500-600 euro), radząc: "Na stadion iść pół godziny przed rozpoczęciem gry, kiedy największy tłok, ścisk i pośpiech. Jak spytają, skąd na bilecie polskie nazwiska, przypominać, kim są Podolski i Klose".
Blatter Sepp. Szef światowego futbolu, który nie ma o nim pojęcia, codziennie się komuś naraża i w ogóle nikt go nie lubi. Krytykował: sędziów, choć to on zaostrzył im przepisy tuż przed mundialem, nie dając czasu na oswojenie się z nimi; trenera Erikssona za nudny styl gry reprezentacji Anglii, choć jego rodacy ze Szwajcarii zasłużyli na burę jeszcze bardziej; Chelsea za skupywanie gwiazd i bogate kluby za to, że są bogate, choć sam zamienił FIFA w przynoszącego miliardowe zyski molocha, który zarabia za wszelką cenę, wybierając na sponsorów największej sportowej imprezy producenta fast foodu (McDonald's) i gazowanych bomb kalorycznych (Coca-Cola).
Bosacki Bartosz. Sto procent skuteczności. Dwa strzały, dwa gole. Kilku innych piłkarzy też uderzało wyłącznie do siatki, ale każdy zatrzymał się na jednej bramce.
Canarinhos. Brazylijczycy mieli dwa wyjścia. Wypaść tak jak w 1970 roku, czyli grać najpiękniej w historii i wygrać, albo wypaść tak jak w 1982 roku, czyli grać najpiękniej w historii i przegrać. Wybrali najgorsze - brzydko przegrywali. - "Joga Bonito ("Piękna gra", czyli slogan reklamowy Nike'a) to nie o nas. To sposób na sprzedanie paru koszulek więcej - oznajmił Roberto Carlos. Romantycznym Brazylijczykom dziękujemy.
Debiuty. Kiedy Vincenzo Iaquinta strzelił Ghanie swojego pierwszego gola w reprezentacji, jego babcia obiecała, że jeśli Włosi dotrą do finału, przyjedzie do Berlina podziwiać wnuczka na własne oczy. I byłby to epizod niewarty wzmianki, babcie przecież wnuczków wspierają nie od dziś, gdyby nie to, że 70-letnia Adele Gentile wybrała się zagranicę po raz... pierwszy w życiu.
Na finale w Berlinie był też przeor klasztoru Shaolin, który nigdy wcześniej nie widział meczu piłki nożnej. Wyobrażacie sobie? Zacząć od finału? Dla nas to nic niezwykłego. Mamy w redakcji kolegę, którego żona wpadła na trybuny trzy razy w życiu - na finał poprzednich MŚ w Jokohamie, finał Ligi Mistrzów w Stambule oraz mecz Barcelona - Betis na Camp Nou.
Doping, którego nie było - nie odnotowano żadnej wpadki. I nie wiadomo: piłkarze tak świetnie się maskują czy są nieskalani (może dlatego gwiazdy ledwie powłóczyły nogami?).
Ekwador. Kolejny po Korei Południowej i Łotwie kraj, którego rozwojowi przysłużył się polski futbol. Przypominamy statystykę: w ostatnich czterech latach poniżej 3 tys. m n.p.m. wygrał tylko z Polską i Kostaryką. Nam najbardziej podobał się bramkarz Cristian Mora, jedyny piłkarz z po kibicowsku umalowanymi w narodowe barwy policzkami. Cztery lata temu pomazane pod oczami miał golkiper Recber Rustu, ale to były barwy wojenne, nie tureckie.
Fani. Ci z Polski mieli pomścić krzywdy z II wojny światowej (jak donosiła zachodnia prasa) i obrócić Niemcy w perzynę. Okazali się jednymi z najbarwniejszych, a przede wszystkim - najbardziej wyrozumiałych i zdesperowanych. Wspaniale dopingowali nawet w meczu bez znaczenia z Kostaryką. Bandyckie odruchy miewali za to piłkarze - spacer po kroczu rywala Wayne'a Rooneya być może przesądził o klęsce Anglii, a Daniele de Rossi ciosem w twarz Briana Mc'Bride'a zmarnował sobie niemal cały, tak wspaniały dla rodaków, mundial.
Gwiazdy. Wspomnienie wymiotującego podczas meczu z Ekwadorem Davida Beckhama najlepiej oddaje ich męki. Lista ofiar wyczerpującego klubowego sezonu jest długa, ale Ronaldinho, Ronaldo, Adriano, Szewczenko, Rooney, Ballack, Lampard, Gerrard i van Nistelrooy jeszcze chyba wrócą. W Lidze Mistrzów.
Homogeniczność, czyli najtrudniejsze słowo, jakiego użył na mundialu piłkarz. Lilian Thuram uznał, że reprezentacja Włoch jest jednorodna i to jej siła. A przecież to nieprawda, przecież całkiem jednorodnych reprezentacji już nie ma (może jednak zabrakło nam Olisadebe?). Wspomniani Włosi mają Argentyńczyka Mauro Camoranesiego i urodzonego w Anglii Simone Perrottę. Niemcy wygrywali dzięki Polakom Klosemu i Podolskiemu, a z ławki wbiegał jeszcze urodzony w Ghanie sprinter Odonkor. Francuzi - wiadomo. Grą Portugalczyków kierowali Brazylijczycy - na boisku Deco, a z ławki Scolari. Serbski bramkarz Ivica Jevrić już podczas mundialu wiedział, że zostanie obywatelem nowego kraju - Czarnogóry. Mówi Mladen Krstajić: "Jestem Czarnogórcem o serbskich korzeniach urodzonym w Bośni. Mam paszporty Jugosławii, Bośni i Niemiec".
Panie Le Pen, daj Pan już sobie spokój.
Ingerencja FIFA w to, co jesz, pijesz, w co się ubierasz, a nawet czym się poruszasz. Sponsorzy mundialu mieli wokół stadionów władzę absolutną. Niemieccy wolontariusze - nawet w słynącym z piwa Dortmundzie - skarżyli się, że muszą pić amerykańskiego sikacza budweisera. Jeden z nas został skazany na wodę mineralną albo obrzydliwego powerade'a, bo gazowanych płynów nie lubi, a dostępne były tylko wyroby Coca-Coli. Holenderskich kibiców przed meczem z Wybrzeżem Kości Słoniowej rozebrano do rosołu, bo założyli spodenki z niewłaściwym logo. Nawet Franz Beckenbauer (myśleliśmy, że to on rządzi światem), który ma reklamowy kontrakt z Mercedesem, musiał przesiąść się do Hyundaia.
Journalist. Tak jest napisane na akredytacjach wiszących na naszych szyjach. Niby mamy fajnie, bo włazimy za darmo na wszystkie fajne mecze, ale niech tam, raz się pożalimy. Nie śpimy, nie jemy, nie widzimy tych fajnych akcji, podczas których spoglądamy w laptopy, pisząc dla Was te fajne relacje, a później jeszcze czytamy w mailach, że jesteśmy cymbały, bo to przecież "nie ten kopnął, tylko zupełnie inny". No i wracając po meczu do hotelu, nie możemy wychylić browara z całym roztańczonym tłumem, bo o świcie mamy niefajny pociąg, w którym będziemy się gnieść albo trzy godziny, albo nawet sześć. Ale w ogóle jest fajnie.
Klinsmann Jürgen. Żadnego innego selekcjonera o pozostanie na stanowisku nie błaga cały naród, łącznie z szefową rządu. Jego volkswagen garbus osiągnął już na aukcji cenę 302 tys. euro (kiedy przyjeżdżał nim kiedyś na treningi Tottenhamu, uchodził za dziwoląga, bo koledzy poniżej ferrari i porsche nie schodzili). Golf, którym przez osiem lat jeździł Benedykt XVI, wtedy jeszcze Joseph Ratzinger, kosztuje 188 tys. euro.
Loża honorowa. Nasz premier był na inauguracji z Ekwadorem, ale nie był to kolejny sukces rządu Marcinkiewicza. Nasz prezydent był na meczu z Niemcami i mimo porażki nie obrzucił wroga kartoflami.
Ł - Hasła na tę literę - podobnie jak ą i ę - mają tylko Chińczycy i inni Tajlandczycy, ale inaczej je zapisują, więc musicie zdać się na własną oralną wyobraźnię.
Mistrzowie motywacji. Trener Zlatko Kranjczar, który PRZED meczem z Brazylią przeprosił chorwackich kibiców za porażkę. Sven Göran Eriksson do końca wierzył w złoto, choć jego piłkarze nie grali, lecz rzępolili. Były angielski kadrowicz Gareth Southgate opowiadał, że w przerwie meczu z "Canarinhos" podczas poprzedniego mundialu Szwed mówił mało, cicho i niezrozumiale. - Churchillem to on nie jest - podsumował Southgate.
Nudziarze. Francuski selekcjoner Raymond Domenech wywoływał gromadne ziewanie, nawet odpowiadając na pytania samograje. "To mistrz świata i bez wątpienia wielka gwiazda futbolu" - scharakteryzował wyjątkowość Zinedine'a Zidane'a. Przebił nawet Pawła Janasa i jego asystenta Jacka Kazimierskiego, których ulubione frazy to: "Zobaczymy, jak będzie", "To się okaże", "Dlaczego zrobiłem zmiany tak późno? Bo zrobiłem je późno". Nudzili też angielscy piłkarze ("ale ten nasz system działa!" - skomentował entuzjastycznie trener Eriksson), Niemcy (bo podczas do bólu przewidywalnego turnieju wszystko organizacyjnie i logistycznie działało i dziennikarze nie mieli się do czego przyczepić; kiedy wreszcie na tory kolejowe przewróciło się drzewo i pociąg do Hamburga miał spóźnienie, odetchnęliśmy z ulgą - tu mieszkają jednak ludzie).