Kibic znad Amazonki najpierw gola słyszy, a dopiero potem widzi. Ucho ma około jednej trzeciej sekundy przewagi nad okiem. Z takim opóźnieniem - w stosunku do przeraźliwego radiowego "Goooooooooooooool" - dociera do Brazylii obraz transmisji telewizyjnej. Dlatego rozlatujący się odbiornik na baterie kibice mocno przyciskają do skroni, nawet gdy wpatrują się w telewizor. Narracja radiowa jest bez porównania bardziej ekscytująca.
Już przedmundialowe zgrupowanie w szwajcarskim Weggis obsługiwało 500 brazylijskich dziennikarzy; każdy trening był i jest transmitowany na żywo, kamera studiuje drgnienie każdego rozciąganego podczas rozgrzewki mięśnia Ronaldo; gazety przedrukowują rachunki, jakie zapłacili w restauracji piłkarze; internetowa strona krajowej federacji donosi, kto w danym momencie słucha walkmana, kto wybrał bilard, a kto kiwa Henry'ego na playstation. I zaczyna się rozstrząsanie: dlaczego
Ronaldinho sterował na
wideo Manchesterem United, a nie Barceloną?
Najważniejsze jest radio To wciąż świętość wywołująca nostalgię za mitycznymi czasami Pelego, Garrinchy, Carlosa Alberto i Tostao. Widać to w tzw. strefie mieszanej, gdzie dziennikarze gawędzą po meczu z piłkarzami. "Canarinhos" jako chyba jedyni nie tylko podczas mundialu, ale w ogóle na świecie najpierw odpowiadają na pytania radiowców. A ci później cały dzień kręcą się po biurze prasowym, bez ustanku krzycząc wniebogłosy w
telefony komórkowe, bo na najwyższym rejestrze komentują nawet - oczywiście na żywo - ten szczególny moment, gdy Kaka wiąże buty.
Prawa do transmisji meczów wykupiły 24
stacje radiowe. Innych albo nie było na to stać, albo nie dostały akredytacji, bo gdyby FIFA miała ją przyznać wszystkim aplikującym Brazylijczykom, dla reszty świata zabrakłoby miejsca. Pominięci nadają spod stadionów, choć dostęp do reprezentacji mają czasem mniejszy niż kibice w kraju. Nie oglądają przecież swojej telewizji.
Najpopularniejszy duet przyjechał z Macapy położonej na krańcach cywilizacji, gdzieś u źródeł Amazonki. Obaj radiowcy chełpią się, że jako pierwsi mieszkańcy w 250-letniej historii swego miasta dotarli na mundial. Obaj na widok Ronaldinho nie są w stanie wydusić z siebie słowa. Wysuwają tylko rękę z notesem lub koszulką i proszą o autograf.
Między dziennikarzami toczy się nie rywalizacja, lecz wojna o newsy. Tym bardziej zacięta, że trzeba stawać na głowie, by zneutralizować niemal monopolistyczną pozycję "O Globo" (
telewizja, radio, gazety), które płaci brazylijskiej federacji za pierwszeństwo w otrzymywaniu najważniejszych wiadomości z obozu reprezentacji. Prezenterzy jego wszystkich (!) telewizyjnych programów informacyjnych na czas MŚ przenieśli się do Niemiec, a koncern przysłał tu w sumie 150-osobowy* kontyngent, w sporej części odpowiedzialny za... robienie tłoku. W strefie mieszanej bowiem, "kontrolowanej" przez FIFA, umowa na wyłączność nie obowiązuje, więc dziennikarze "O Globo" ustawiają kordon, by odgrodzić konkurencję od wychodzących z szatni zawodników. Oni w ogóle nie zadają pytań, wywiady przeprowadzają trzej-czterej specjalnie wydelegowani koledzy z redakcji.
Ping-pong gwiazd A brazylijskie gwiazdy są wytrenowane jak żadne inne, by udzielać skrajnie dyplomatycznych wypowiedzi. Wiedzą, że każde słowo, chrząknięcie oraz grymas zostaną przeżute i zinterpretowane na tysiące sposobów, także zupełnie sprzecznych z logiką i prawdą. Piłkarze zatem notorycznie opowiadają, jak się lubią, że się wspierają, w drużynie dzieje się świetnie, nie ma niesnasek etc. Trzeba uważać, bo niewinne napomknięcie, iż Adriano "dzisiaj szło niespecjalnie", natychmiast zostanie rozdmuchane jako apel, by napastnika Interu zesłać na ławkę rezerwowych.
Reputację najbardziej wygadanych mają Ronaldo, Roberto Carlos, Juninho i Cafu. Adriano, Ronaldinho i Kaka powtarzają ponoć zawsze te same frazy, niezależnie od treści pytania. Za prawdziwą zmorę reporterów uchodzi natomiast Ronaldinho, który zwykł niezrozumiale mamrotać do mikrofonu, bez przerwy szczerząc zęby w swym słynnym uśmiechu.
W nieustającym zgiełku newsem może być wszystko, maniackie podglądanie trwa całą dobę. Jeśli Ronaldinho po raz pierwszy w życiu ogra w ping-ponga Emersona, to wynik pojawia się za pięć minut w internecie, o co zabiega zresztą sam gwiazdor Barcelony dumny z sukcesu. Jeśli trener Carlos Alberto Parreira triumfalnie wyśmiewa krytyków, kiedy jego gracz zdobywa bramkę, każde jego słowo z ruchu warg odczytują specjalnie wynajęci przez telewizję głuchoniemi. O tym, że Ronaldo 22 maja, pojawiając się na zgrupowaniu w szwajcarskim Weggis, ważył 94,5 kg, jego rodacy także wiedzieli tuż-tuż po pomiarze. A potem - że schudł do 93,5, 92 i wreszcie - 90,5 kg.
Napastnika Realu brazylijscy dziennikarze cenią jednak szczególnie. Choć stale poddawany zmasowanej krytyce, stawia czoło każdemu, nawet najbardziej złośliwemu pytaniu i ponoć prawie nigdy się nie obraża.
*"O Globo" przysłało taki tłum, że dziennikarze sami nie wiedzą, ilu ich jest. Na szczęście pada liczba 150, ale inne wersje mówią nawet o 180