Beenhakker trenerem reprezentacji Polski - tekst "Gazety Wyborczej" z 6.07.2006
Holender ma się pojawić w Warszawie w przyszłym tygodniu. Wtedy ma podpisać kontrakt. Szkoleniowiec chce zarabiać 70 tysięcy euro miesięcznie. Pieniądze te miałby jednak "włożone" w premie i nagrody za np. awans do finałów mistrzostw Europy w 2008 roku. Gdyby jednak pewnych zadań nie wykonał, zarabiałby odpowiednio mniej.
Otwartą kwestią pozostaje dobór najbliższych współpracowników. Beenhakker chciałby, żeby sztab reprezentacji sztanowili ludzie, których sam wybierze. Nie byliby to Polacy.
Prezes PZPN Michał Listkiewicz nie ukrywa, że chciałby aby Beenhakkerowi pomagał jakiś młody polski szkoleniowiec, który ewentualnie mógłby kiedyś przejąć schedę po Holendrze. Najchętniej w tej roli widziałby Jana Urbana, nauczonego zawodu w Hiszpanii. Za kilka dni okaże się, czy holenderski szkoleniowiec przystanie na tę propozycję.
W wywiadzie dla "Super Expressu", Beenhakker przyznał, że bardzo lubi i zna historię, więc wie, co i kiedy spotkało Polskę i Polaków.
"Byłem kilka razy w Polsce, choć przyznaję, że zawsze z powodu meczów, na zwiedzanie nigdy nie było czasu. Jeśli jednak Polacy są tacy jak Jerzy Dudek, Tomasz Rząsa czy Euzebiusz Smolarek, to jestem spokojny. Pracowałem z tą trójką dość długo i mam same pozytywne wspomnienia." - powiedział holenderski trener.
Przyszły selekcjoner polskiej kadry zdradził, że największą satysfakcję sprawiły mu cztery lata pracy w Realu Madryt.
"Tego się nie da opisać. Byłem szefem klubu-legendy, w kraju, w którym piłkę kocha praktycznie każdy. Zdobywałem tytuły, a ludzie nazywali mnie "Don Leo". Takie ciepło i oddanie odczuwałem też w Meksyku, bo i tam miałem okazję pracować. No i ostatnio Trynidad i Tobago. To były wyspy, na których królował krykiet. A teraz? To najmniejszy kraj, jaki kiedykolwiek zagrał na mundialu."