Paweł Rzekanowski: Z kim rozmawiał Pan o pracy trenera polskiej reprezentacji?
Jan Urban: Z nikim.
Prezes PZPN twierdzi, że jest Pan jednym z kandydatów.
- Nic o tym nie wiem.
Reprezentacja to atrakcyjne miejsce pracy?
- Teraz wszyscy są zawiedzeni, ale dla mnie nieudany mundial nie jest wielkim zaskoczeniem. Polska piłka nie ma potencjału, byśmy mogli myśleć o sukcesach. Na dodatek na mundialu nie można nikogo lekceważyć.
A zespół Pawła Janasa tak zrobił?
- W pewnym sensie tak. Gdybyśmy mieli ten potencjał, o którym wspominałem, mecz z Ekwadorem byśmy i tak wygrali. W meczu z Niemcami widać było już wolę walki, więc coś w drużynie tkwi. Rzecz w tym, aby to wydobyć.
Czyli rewolucja w reprezentacji nie jest potrzebna?
- Nie mamy możliwości, aby przebierać w piłkarzach. Najbardziej martwi mnie nie to, co się działo na mundialu, ale w ogóle przyszłość.
Za dziesięć lat nie będziemy mieli żadnych klasowych piłkarzy?
- Czarno to widzę. Osasuna, przeciętny przecież klub ligowy, ma ponad dwustu chłopaków trenujących w dobrych warunkach i na dobrych boiskach. A czego mamy oczekiwać od młodych piłkarzy w Polsce, skoro teraz, kiedy mają największe możliwości rozwoju, trenuje ich przykładowy listonosz, który dorabia sobie za 300 zł?
Skąd sukcesy na mistrzostwach krajów, gdzie piłka nożna nie jest tak popularna jak w Polsce?
- Nawet taka egzotyczna piłkarsko Australia ma ciekawych zawodników. W Szwajcarii piłka kiedyś była bardzo przeciętna, a teraz zaczyna się rozwijać w bardzo, bardzo dobrym kierunku. Dlaczego? Bo wzorowo pracuje się tam z młodzieżą. Niech i u nas będą zatrudnieni do tego prawdziwi trenerzy: powiedzmy, że połowę ich pensji zapłaci klub, ale połowę związek. W wielu krajach funkcjonują też systemy dotacji - w związkach są osoby sprawdzające, czy są one wydawane tak jak powinny. Jeśli jest odwrotnie, dotacje zostają zatrzymywane. Więc nikt tych pieniędzy nie marnuje.
Gdyby teraz PZPN oficjalnie złożył propozycję objęcia reprezentacji, zgodziłby się Pan zaangażować w coś, co ocenia Pan tak pesymistycznie?
- Pomyślałbym.