Najwybitniejszy futbolista przełomu wieków uderzył przeciwnika. Brutalnie, z premedytacją, na oczach dwóch miliardów widzów. Choć Francuz grał wspaniale, choć znów trącał piłkę z kunsztem przyprawiającym o dreszcze, to bronić go trudno, jeśli chcieć chuligaństwo nazywać chuligaństwem, a łobuza łobuzem. Wyrzucony z boiska Zidane sam błyskawicznie pojął, czego się dopuścił, bo nawet nie wyszedł z szatni, by odebrać srebrny medal.
Wobec incydentu tak spektakularnego mało kto zauważył, że jeden z rozstrzygających o złotym medalu dla Włochów rzutów karnych wykorzystał Daniele De Rossi. Człowiek, który na początku mistrzostw z całej siły wyrżnął - lżejsze słowo byłoby nie na miejscu - łokciem w twarz Briana McBride'a, co dla amerykańskiego zawodnika skończyło się szyciem skóry pod lewym okiem. Włoch został zdyskwalifikowany na cztery mecze, mimo że w powszechnym odczuciu zasłużył na bezwarunkowe wydalenie z turnieju. Ciosu również nie wyprowadził w ferworze walki, ewidentnie skupiając się na biciu, nie piłce.
A jednak w finale wrócił na boisko. I dzięki celnemu kopnięciu z 11 metrów należał do bohaterów wieczoru.
Taki był ten mundial, taki jest współczesny futbol. Kilkanaście sekund po bajecznym dryblingu piłkarze wiją się z bólu, choć przeciwnik wcale ich nie sfaulował, a czasem nawet w ogóle ich nie tknął. Tuż po pięknym strzale z dystansu bezczelnie oszukują sędziego i cały świat wpatrujący się w telewizyjne powtórki. Od plagi symulanctwa nie jest wolny żaden stadion, bo chyba w żadnej innej dziedzinie życia nie kłamie się tak bezwstydnie, chyba nigdzie ordynarne łgarstwo nie pozostaje tak bezkarne. W zeszłym roku Roy Carroll, bramkarz Manchesteru United, w kuriozalnych okolicznościach wrzucił piłkę do własnej siatki, lecz się do tego nie przyznał. Widział, że sędzia stoi zbyt daleko, by dostrzec, co się stało, ale musiał też sobie uświadamiać, że zapis z mnóstwa kamer miliony ludzi przeżują - klatka po klatce, w zwolnionym tempie - po wielokroć.
Incydent rozpalił całą Anglię. Nikt jednak nie potępił Carrolla, nikt go nie ukarał, ba, mało kto wybąkał, że irlandzki golkiper postąpił nie fair i nawet nie przeprosił. Komentatorzy awanturowali się tylko o zezwolenie sędziom na korzystanie z powtórek wideo, by ci mylili się rzadziej.
Dziś też mamy z Zidane'em nie lada kłopot. Trudno go bezwarunkowo potępić, trudno pogodzić się z myślą, że ideał jednak sięgnął bruku. Wracając metrem z berlińskiego stadionu, naoglądałem się podejrzliwych spojrzeń fanów, którzy zwyczajnie nie wierzyli w moją posępną opowieść o upadku francuskiego geniusza (siedzący na trybunach oglądają na telebimie powtórki bramek, lecz nie dostają powtórek momentów kontrowersyjnych). Widzieli oczywiście czerwoną kartkę dla Zidane'a, lecz naturalny odruch kazał im tłumaczyć ją pomyłką arbitra. Haniebny wybryk geniusza burzy harmonię, może nawet odbiera cząstkę radości co wrażliwszym kibicom zwycięzców, choć Francuz aniołkiem nigdy nie był (wyleciał z boiska po raz 12. w karierze), choć dla wygranej szwindlu dopuszczali się najwięksi z największych, włącznie z Diego Maradoną, który w ćwierćfinale MŚ najpierw wepchnął piłkę do siatki ręką, by niedługo potem przeprowadzić najwspanialszą akcję w dziejach futbolu, przedryblowując niemal całą reprezentację Anglii.
Po finale usłyszałem refleksję, że Zidane zabił futbol, a Lesław Ćmikiewicz w radiu Tok FM oznajmił wręcz, iż Francuz "przekreślił całą swoją wspaniałą karierę". Mocne sądy, ale gdyby piłkę rzeczywiście wykańczało chuligaństwo, to pojedynczy ułamek sekundy szaleństwa niewiele znaczy, oglądamy raczej żywego trupa od lat torturowanego niezliczonymi dźgnięciami, a sadystyczne skłonności trzeba przypisać niemal wszystkim piłkarzom świata. Przecież nagrodę dla najbardziej atrakcyjnej drużyny mundialu (w oryginale: "most entertaining team") otrzymali Portugalczycy, najbardziej nieznośni wśród finalistów turnieju, którzy podczas gry dopuszczają się mnóstwa małych prowokacji, niedostrzegalnych dla sędziego fauli i w ogóle korzystają bogatego arsenalu brudnych chwytów, by zniechęcić bardziej uzdolnionych rywali do gry w piłkę. Trener Felipe Scolari rozdaje im podręcznik bitewnej strategii chińskiego klasyka Sun Tsu, uparcie nazywa mecz piłkarski "wojną", mnóstwem drobnych świństewek próbuje wydobywać z przeciwnika jego najgorsze cechy.
Berliński finał, choć nieestetyczny, idealnie podsumował mistrzostwa świata, a opowieść o Zidanie idealnie oddaje prawdę boiska naszych czasów - z podgrzewaną, równiutko przystrzyżoną murawą bez łysych placków wydeptanej ziemi i z piłką będącą produktem kosmicznej technologii - na którym coraz trudniej wychwycić granicę między geniuszem a blagą i łobuzerią.
Czasem jej po prostu nie ma. Niewielu jest piłkarzy, którzy mogliby pierwsi rzucić w Zidane'a kamieniem.