PoprowadĽ swoj± drużynę w RPA i Wygraj Mundial! » Mundial wyl±dował w Afryce, więc zapomnijcie o półnagich syrenach z Copacabany. Brazylijskie fanki, przynajmniej te przezorne, tym razem okryły się puchowymi kurtkami, a najbardziej opakowanym fanom spod szalików wystawało tylko oko lub dwa. Kiedy we wtorkowy wieczór piłkarze wytruchtali na boisko, temperatura spadła niemal do zera. W Johannesburgu i tak mieli¶my szczę¶cie, w innych czę¶ciach RPA spadł ¶nieg, niewidziany tutaj od 25 lat.
Piłkarzy z Korei Płn. na mistrzostwach ¶wiata nie widzieli¶my jeszcze dłużej, bo od 44 lat, i we wtorek mogli¶my tylko w podziwie rozdziawić usta. Mecz najniżej sklasyfikowanego w rankingu FIFA uczestnika turnieju z jego głównym obok Hiszpanii faworytem przypominał chwilami rewanżowy półfinał Ligi Mistrzów mediolańskiego Interu z Barcelon±. Przymarzaj±cy do murawy brazylijski bramkarz Julio Cesar podskakiwał dla rozgrzewki 20 m przed polem karnym, ale jego koledzy, choć nie rozstawali się z piłk±, rzadko przedostawali się z ni± tam, gdzie nie chciał ich rywal.
I gdyby nie łut szczę¶cia - prawy obrońca Maicon uderzył przebiegle i precyzyjnie, lecz jednak z linii końcowej, sporo zawdzięcza gapiostwu bramkarza Ri Myonhg Guka - mogli się pomęczyć dłużej niż 52 minuty. A tak było 1:0. I w¶ród "Canarinhos" zapanował całkowity spokój.
Wcze¶niej zwolennicy popularnej teorii, że mentalno¶ć społeczeństwa odbija się w stylu
gry jego futbolowej reprezentacji, w Korei Płn. mogli znajdować twarde dowody, że się nie myl±. Piłkarze z kraju odizolowanego od reszty ¶wiata - i wmawiaj±cego obywatelom, iż reszta ¶wiata na nich czyha - już w eliminacjach grali tak, jakby chcieli przetrwać oblężenie. Zgrupowani pod własn± bramk±, rzadko wypuszczaj±cy się do kontrataku, i to zawsze niewielkimi siłami.
Z Brazyli± nawet nie symulowali, że planuj± ruszyć do ofensywy. Akcje spod własnej bramki rozpoczynali wył±cznie dalekimi wykopami bramkarza, przy każdej okazji słali piłkę do wysuniętego Jong Tae-se (obiecywał gola w każdym meczu oraz wyj¶cie z grupy), a ten wdawał się w solowe wypady. Wypady niebezpieczne. On się nie przechwalał, on zna swoj± klasę.
W defensywie zorganizowani byli Koreańczycy perfekcyjnie, poruszali się jak wyjęci spod ręki
Jose Mourinho. Brazylijczycy dryblowali zgrabnie, lecz w poprzek boiska, ich przyjęcia piłki podeszw± miały warto¶ć głównie estetyczn±, Robinho, Kaka, Bastos czy Luis Fabiano uderzali wył±cznie z dystansu. Odnosiło się wrażenie, że linie koreańskiego pola karnego kryj± fosę, poza któr± faworyci - choć kilkakrotnie zachwycili gr± w ¶cisku - nie maj± szans przeskoczyć. A strzelali potwornie niecelnie.
Było widać, że selekcjoner Kim Jung-hoon miał komfort kolegom po fachu nieznany - kadrę zwołał na dłużej już w paĽdzierniku (trenował w Nantes), przećwiczył j± w mnóstwie rozgrywanych na czterech kontynentach sparingów, ostatnie zgrupowanie trwało cztery miesi±ce.
- Wpędzimy Brazylijczyków w zakłopotanie. Od razu zaczniemy grać bardzo agresywnie, żeby wiedzieli, że s± w niebezpieczeństwie - odgrażał się Kim. Inspirację czerpał z jedynego dot±d występu na mundialu. W 1966 r. Koreańczycy z północy zaszokowali ¶wiat. Włochów wyeliminowali, a zanim ulegli Portugalii (z legendarnym Eusebio), prowadzili 3:0.
Teraz futbolowego ¶wiata na głowie nie postawili, ale wypadli ¶wietnie. Strzelić gola tej reprezentacji Brazylii ma być szczególnie trudno, najgło¶niejsi ostatnio bohaterowie boisk zajmuj± się u niej nie atakowaniem, lecz osłon± bramki - jak zwycięzcy Ligi Mistrzów Julio Cesar, Lucio oraz Maicon. Dlatego tylko ich roztargnieniem - prowadzili 2:0 - honorowego trafienia Korei wytłumaczyć się nie da.
Paradoks tego meczu - wszyscy prognozowali jego jednostronny przebieg - polega na tym, że choć "Canarinhos" zwyciężyli minimalnie, to potwierdzili, że s± drużyn± dojrzał±, cierpliw±, wspaniale wyposażon± w talent i również ¶wietnie zorganizowan±. Jak byli, tak pozostali wielkimi faworytami do złota.
Ale co do Koreańczyków wypada zmienić zdanie. Niech się boj± Portugalczycy. Pięciu goli, jak przed półwieczem, tym razem raczej nie wbij±...